Polityka USA wobec regionu Azji wschodniej

 

Kilkudniowa wizyta prezydenta Baracka Obamy w Japonii, Korei Południowej, Filipinach i Malezji była wyrazem nacisku, jaki jego polityka zagraniczna kładzie na przywracanie równowagi  w regionie Azji i Pacyfiku. 

W Tokio prezydent Stanów Zjednoczonych spotkał się z premierem Shinzo Abe i cesarzem Akihito. Odnosząc się do kwestii sporu chińsko-japońskiego o wyspy Senkaku na Morzu Wschodniochińskim Obama powiedział, że ewentualna agresja Pekinu spotka się z adekwatną odpowiedzią Waszyngtonu w ramach militarno-obronnego sojuszu łączącego Waszyngton z Japonią. Bez konkretnych rezultatów zakończyły się natomiast rozmowy dotyczące umowy o wolnym handlu między oboma krajami w ramach układu Trans-Pacific Partnership (TPP).

W Seulu Obama zapewnił, że Stany Zjednoczone stoją ramię w ramię z Koreą Południową w jej polityce wobec północnego sąsiada. Amerykański prezydent powiedział, że rozważa wprowadzenie kolejnych sankcji na północnokoreański reżim, które pogłębią jego izolację na arenie międzynarodowej. Wraz z prezydent Park Geun-hye przestrzegli również Chiny przed dalszym wsparciem Korei Północnej.

Wizyta w Malezji, będąca pierwszą oficjalną wizytą amerykańskiego prezydenta od czasu Lyndona B. Johnsona w 1966 r., stała się okazją do podkreślenia rosnącego znaczenia tego kraju w regionie. Rozmowy Baracka Obamy z malezyjskim premierem Najib Razakiem dotyczyły rozwoju współpracy na płaszczyźnie ekonomicznej, z dużym naciskiem na nowoczesne technologie w ramach TPP. Obaj politycy zgodzili się, że prawa człowieka i swobody obywatelskie muszą być respektowane w Malezji, gdzie w zdominowanym przez muzułmanów społeczeństwie istnieją duże dysproporcje między grupami mogącymi czerpać korzyści z zagranicznej wymiany handlowej.

Kilka godzin przed przybyciem Obamy do Manili, Stany Zjednoczone i Filipiny podpisały dziesięcioletni pakt The Enhanced Defense Cooperation Agrement (EDCA), który umożliwi amerykańskim wojskom powietrznym, lądowym i morskim korzystanie z filipińskich baz. Obama zapewniał, że umowa nie jest wymierzona w Chiny, ale ma wpływać na przestrzeganie przez Pekin międzynarodowych praw i norm. Prezydent potwierdził, że Waszyngton wspiera Manilę, która na forum Stałego Trybunału Arbitrażowego w Hadze chce rozstrzygnąć kwestie terytorialne o sporne fragmenty wysp Spratly, do których prawo roszczą sobie Chiny.

 

KOMENTARZ

Tak zwany pivot azjatycki w polityce zagranicznej Stanów Zjednoczonych zapoczątkowany przez administrację Obamy, miał położyć większy nacisk na działania dyplomatyczne i ekonomiczne wobec krajów Pacyfiku, aby zrównoważyć wpływy Chin w regionie. Rosnąca gospodarcza i polityczna rola Chin na arenie międzynarodowej stanowi dla amerykańskiego supermocarstwa wyzwanie w walce o zabezpieczenie swoich interesów i przez ten pryzmat należy oceniać całokształt polityki Waszyngtonu wobec odwiedzanych przez prezydenta Obamę krajów.

Ambitne plany Stanów Zjednoczonych od początku napotykały wiele trudności. Przede wszystkim niepokoje na Bliskim Wschodzie, konflikt izraelsko-palestyński, wojna domowa w Syrii, atomowe ambicje Iranu, a ostatnimi czasy agresywne zachowanie Rosji zmuszały polityków amerykańskich do koncentrowania się na tych problemach, co na długi czas pozwoliło powątpiewać w żywotność zwrotu ku Azji. Sytuacji nie ułatwiały również wydarzenia wewnątrz kraju. Pierwotnie wizyta amerykańskiego prezydenta w Azji miała odbyć się w październiku ubiegłego roku, ale ze względu na wstrzymanie prac rządu spowodowanego brakiem uchwalenia ustawy budżetowej, Obama odwołał podróż. W styczniu z kolei Demokraci w Izbie Reprezentantów zablokowali przyjęcie, tzw. fast track (kompetencja prezydenta do wypracowania międzynarodowej umowy, którą Kongres może przyjąć lub odrzucić, ale nie może wprowadzać do niej poprawek) dla umowy Trans Pacific Partnership – jednego z głównych elementów polityki amerykańskiej wobec państw regionu.

Dodatkowo, ewidentna słabość polityki administracji Obamy wobec Rosji i wydarzeń na Ukrainie spowodowała, że azjatyccy sojusznicy Stanów Zjednoczonych, jak Japonia, czy Filipiny zaczęli obawiać się braku efektywności Waszyngtonu w działaniach przeciw ewentualnej agresji chińskiej.

Amerykańskie zrównoważenie wpływów Chin w regionie Azji i Pacyfiku opiera się na dwóch podstawowych filarach: polityce bezpieczeństwa i ekonomii. Biorąc pod uwagę pierwszy z nich, Stany Zjednoczone poczyniły znaczne, choć niekoniecznie wystarczające kroki. Bycie drugą gospodarką świata, stały wzrost ekonomiczny i rosnący budżet na wydatki obronne, pozwoliły Chinom na systematyczną rozbudowę potencjału militarnego. Chiny mogą pochwalić się innowacją w zakresie broni konwencjonalnej, ale także znaczną intensyfikacją pracy nad powiększeniem swoich nuklearnych sił, jak budowa rakietowych pocisków balistycznych o międzykontynentalnym zasięgu, czy łodzi podwodnych o napędzie atomowym. Brak transparentności w chińskiej polityce obronnej, nie pozwala na dokładne określenie militarnych zdolności Pekinu. Niemniej, ogłaszana przez rząd rozbudowa rakiet dalekiego i średniego zasięgu, wzrost liczebności armii i unowocześnienie marynarki wojennej wskazują, że Tajwan, Japonia i inne państwa mające terytorialne spory z Chinami, nie mogą czuć się bezpiecznie.

Chiny mają rozległe roszczenia terytorialne, obejmujące blisko 90% terenu Morza Południowochińskiego. Jednym z newralgicznych punktów jest mielizna Scarborough, do której prawo przypisują sobie również Filipiny. W 2012r. wybuchł między państwami spór o terytorium. Według Manili, Chiny dopuściły się złamania zapisu Konwencji Narodów Zjednoczonych o prawie morza, który mówi o dwustumilowej wyłącznej strefie ekonomicznej dla państw, przy czym najbliższe terytorium chińskie znajduje się w odległości ponad sześciuset mil. Filipiny zgłosiły sprawę do Międzynarodowego Trybunału Arbitrażowego w Hadze, ale Chiny nie zgodziły się na udział w procesie i nie wycofały swoich okrętów z terenu. Spór toczy się również o wyspy Spratly, gdzie znajdują się złoża bogactw naturalnych. Chiński generał Zhang Zhaozhong stwierdził nawet, że „strategią kapusty” – odbieraniu wysp krok po kroku, jak przy zdejmowaniu kolejnych warstw kapusty, jego wojsko w niedługim czasie zdominuje ten obszar morski i skutecznie zablokuje ruchy obcych okrętów.

Nieskuteczność mediacji, którą podjęły się Stany Zjednoczone, by rozwiązać konflikt chińsko-filipiński z 2012r.  pokazała, że azjatycką politykę amerykańską cechuje słabość i brak konsekwencji. Administracja Obamy nie chciała podejmować zdecydowanych kroków, by uniknąć niepotrzebnego sporu z Pekinem. Appeasement względem Chin poprzez zwiększenie relacji gospodarczych, miał według Waszyngtonu doprowadzić do zaniechania przez nie ekspansywnej polityki zagranicznej. Założenia te okazały się jednak mylące - brak prewencyjnych działań i adekwatnej odpowiedzi na groźby Państwa Środka prowadzą do realniejszej wizji destabilizacji regionu. Podpisanie dziesięcioletniego paktu EDCA między Stanami Zjednoczonymi a Filipinami jest zdecydowanie potrzebnym krokiem do umocnienia amerykańskiej pozycji i powstrzymania Chin przed agresywną retoryką w Azji. Trzeba jednak zwrócić uwagę, że zainicjowanie rozmów i podpisanie umowy było rezultatem zaistniałych już konfliktów, nie było to działanie prewencyjne, co może świadczyć o krótkowzroczności waszyngtońskiej administracji i braku zdolności przewidywania dalszych posunięć wroga. Na mocy EDCA, Filipiny umożliwią USA dostęp do zatoki Subic, bazy lotniczej marynarki wojennej w Cubi Point, bazy lotniczej Clark, portu w Brooke’s Point i wysp Batanes. Te ostatnie są bardzo istotne ze strategicznego punktu widzenia, gdyż oddalone są zaledwie 100 mil od Tajwanu i umożliwiają łatwy dostęp okrętom wojennym do spornych terenów. W zamian filipińskie wojska będą mogły przeprowadzać ćwiczenia ze swoimi amerykańskimi kolegami, co ma pogłębić ich zdolności interoperacyjne.

Problemem jest również chińsko-japoński konflikt o wyspy Senkaku. Ustanowienie Strefy Identyfikacji Obrony Powietrznej przez ChRL nad spornymi terenami sprawiła, że w ubiegłym roku oba państwa znalazły się na skraju wojny, a rząd w Tokio zapowiedział rewizję polityki obronnej w celu wzmocnienia swojego potencjału militarnego. Filarem bezpieczeństwa Japonii pozostają Stany Zjednoczone i obustronny Traktat o współpracy i bezpieczeństwie z 1960r., w którym znajduje się zapis o wzajemnej militarnej pomocy w razie ataku strony trzeciej. Barack Obama zapewnił premiera Shinzo Abe podczas swojej ostatniej podróży, że dokument jest nadal aktualny, dając tym samym gwarancje pomocy przy ewentualnym zajęciu wysp przez Chiny. Ta deklaracja była bardzo ważnym elementem wizyty, gdyż japońscy politycy od dłuższego czasu wskazywali na mizerną w skutkach politykę zagraniczną amerykańskiego prezydenta. Niemoc w zapobiegnięciu dalszej eskalacji wojny w Syrii i pobłażliwe traktowanie Rosji, która zajęła terytorium suwerennego państwa spowodowały wzrost obaw, że przy chińskiej agresji Stany Zjednoczone zachowają się podobnie i nie udzielą Japonii militarnego wsparcia.

Obok Japonii najważniejszym sojusznikiem Stanów Zjednoczonych, jest Korea Południowa. Więzi pielęgnowane od czasów wojny koreańskiej z lat 50. XX w. są nadal silne, choć działania Waszyngtonu ostatnich kilku lat powodują, że Seul się niepokoi. Największym zagrożeniem dla Korei Południowej jest jej północny sąsiad ze swoim autorytarnym reżimem i nuklearnym potencjałem. W południowokoreańskich bazach wojskowych na stałe przebywa ok. 20 tys. amerykańskich żołnierzy, w razie konfliktu zbrojnego to Amerykanie przejmą dowództwo nad koreańską armią, choć ta część bilateralnej umowy ma zostać zniesiona od grudnia 2015r. W trwających od marca do kwietnia wiosennych manewrach wojskowych amerykańsko-koreańskich, Stany Zjednoczone odstąpiły od użycia niektórych zbrojnych elementów ćwiczeniowych, na przykład lotniskowców, czy bombowców strategicznych B-2, co spotkało się z niezadowoleniem władz w Seulu. Waszyngton odmawia również realizacji planu budowy stacji obrony antyrakietowej w Korei Płd., podobnej do tej, którą buduje chociażby w Japonii. Nieporozumienie to jest pokłosiem cięć w  budżecie Pentagonu i choć administracja Obamy zapewnia, że nie dotknie ona systemu obronnego na półwyspie koreańskim, to decyzja o wycofaniu niektórych jednostek militarnych, rezygnacja użycia samolotów zwiadowczych U-2 i redukcja produkcji wojskowych okrętów wodnych (z 52 do 32) w ramach programu Littoral Combat Ship, przeczy tym deklaracjom.

Sojusz Chin z Koreą Północną, sprawia oczywiście, że Pekin postrzegany jest przez Seul, jako potencjalny wróg, co zmusza Koreę Płd. do kooperacji ze Stanami Zjednoczonymi. Państwo Środka obawia się, że przy ewentualnym zjednoczeniu półwyspu, rola polityczna i gospodarcza Seulu uległaby znacznemu wzmocnieniu, co zagrażałoby jego interesom. Polityka powstrzymywania Chin wymaga od Korei Płd. współpracy z Japonią, co zważywszy na historyczne zaszłości i spory terytorialne między oboma narodami, nie jest łatwym do zrealizowania. Działalność Stanów Zjednoczonych w tym wypadku wydaje się nie pomagać, a wręcz antagonizować kraje. Korea Płd. nie może pogodzić się z faktem, że Japonia otrzymuje większe wsparcie militarne z Waszyngtonu. Japonia wyrażał pretensje do Stanów Zjednoczonych, że te nie opowiedziały się po jej stronie w sporze z Seulem o wyspy Dokdo, na Morzu Japońskim, ale pozostały neutralne. Oba kraje mają natomiast pretensje do prezydenta Obamy o budowanie militarnych relacji z Chinami. Podczas kwietniowej wizyty w Pekinie, sekretarz obrony Chuck Hagel zapowiedział intensyfikację tych relacji w ramach „nowego modelu” opartego na trzech założeniach: trwałego dialogu, praktycznej współpracy i transparentności. To powoduje, że USA zmuszone są szukać zrównoważonej drogi, która zmusiłaby sojuszników do aktywniejszej współpracy, a tym samym realizowania swoich strategicznych założeń w Azji.

Budowanie amerykańskiej przeciwwagi dla rosnącej chińskiej potęgi opierać ma się również na gruncie ekonomicznym. W tym pomóc ma umowa handlowa Trans-Pacific Partnership pomiędzy dwunastoma krajami: Australią, Nową Zelandią, Brunei, Chile, Singapurem, Kanadą, Meksykiem, Japonią, Malezją, Peru, Wietnamem i Stanami Zjednoczonymi. W ogólnym założeniu umowa ma promować współpracę gospodarczą pomiędzy wszystkimi państwami sygnatariuszami, prowadząc tym samym do liberalizacji handlu. Ekonomiści wskazują jednak, że tak mocno artykułowana przez Waszyngton potrzeba realizacji umowy, samym Stanom Zjednoczonym nie przyniesie wielu profitów - do 2025r. ma być wkładem w jedynie 0,13% krajowego PKB. Ponadto, wiele krajów będących objętych umową posiada już bilateralne traktaty, większość jest również członkami organizacji ASEAN. TPP jest więc inicjatywą stricte polityczną nastawioną na budowanie sieci sojuszy mniejszych państw regionu, by móc powstrzymać i jednocześnie skuteczniej balansować chińskie wpływy, uniemożliwiając mu zdolność do izolowania poszczególnych państw.

 

Azjatycki zwrot Obamy był już wielokrotnie testowany przez działania Pekinu w rejonie Azji i Pacyfiku. Łagodna retoryka Białego Domu jest wyrazem całokształtu polityki zagranicznej obecnej administracji opierającej się na dyplomatycznym rozwiązywaniu konfliktów i unikaniu niepotrzebnego zaangażowania militarnego. Brak dotychczasowych działań Stanów Zjednoczonych w spieraniu swoich tamtejszych sojuszników, spowodował podbudowanie pewności i asertywności Chin. Tworzenie osi systemu bezpieczeństwa między państwami regionu przy wsparciu Amerykanów, wzmocnienie zdolności obronnych poszczególnych krajów, zwłaszcza na morzu i relacje gospodarcze, mają być odpowiedzią na ową postawę Państwa Środka.

Agnieszka Nowak

Wszelkie prawa zastrzeżone © Polityka i Dypolomacja 2013 | Projekt i wykonianie Jerzy Waśko Studio graficzne Kraków
Menu