Ukraina: jedność i przetrwanie

 

Kryzys ukraiński nie zakończył się wraz z obaleniem prezydenta Janukowycza. Interwencja rosyjska i aneksja Krymu doprowadziły do sytuacji w której z rozgrywki wewnątrz-ukraińskiej przekształcił się w najpoważniejszy od kilkunastu lat kryzys w polityce międzynarodowej.

Postawa Rosji po obaleniu Janukowycza jest mimo wszystko zaskoczeniem. Oczywiście naiwne było zakładanie, że Moskwa łatwo zaakceptuje nowe władze w Kijowie. Rozmiar retorsji wobec kijowskiej rewolucji przeszedł jednak najśmielsze oczekiwania. Tym niemniej, wydaje się wątpliwe by prezydent Putin realizował jakiś od dawna założony plan. Przypuszczalnie aneksja Krymu była po prostu formą „ukarania” Ukrainy za rewolucję. Oczywiście faktem jest, że Krym ma dla Rosji ogromne znaczenie emocjonalne, a przede wszystkim strategiczne. Nasuwa się jednak pytanie czy gdyby nie rewolucja Euro-Majdanu Rosja dokonałaby aneksji. Odpowiedź na to pytanie jest negatywna. Tym bardziej, że obalony prezydent podpisał przecież niezwykle korzystne dla Rosji porozumienie dotyczące floty czarnomorskiej. Nie ulega wątpliwości, że Rosja była obok Janukowycza drugim celem, w który wymierzona była rewolucja - Ukraińcy podobnie jak w 2004 roku walczyli nie tylko o demokrację ale o zachowanie podmiotowości politycznej. Rosja zarówno w czasie ówczesnego kryzysu jak i obecnie nie ukrywała, że jej celem jest swoista wasalizacja Ukrainy. Dlatego wybór między Brukselą a Moskwą to nie tylko wybór między Zachodem a Wschodem ale też między niezależnością a wchłonięciem przez rosyjskie procesy reintegracji ZSRR dalekie od szanowania suwerenności poszczególnych republik.

Drugą lekcją jaką rosyjskie władze wyciągnęły z rewolucji jest niemożność podporządkowania sobie Ukrainy. Warto przypomnieć, że Janukowycz także wielokrotnie wchodził w konflikt z Moskwą. Przykładem może być ubiegłoroczna „wojna celna”. Nie można także mimo wszystko wykluczyć, że Janukowycz naprawdę chciał podpisać umowę stowarzyszeniową a na przeszkodzie stanął rosyjski szantaż ekonomiczny. Lepszego kandydata Rosja jednak nie miała. Rewolucja pokazała, że Ukraińcy nawet jeśli darzą sympatią Rosjan, język rosyjski, rosyjską kulturę, cenią przede wszystkim ukraińską niepodległość. Stąd też niewykluczone, że Putin stracił nadzieje na dobrowolne przyłączenie Ukrainy do „związku słowiańskiego” w postaci choćby Unii Euroazjatyckiej. Stąd również obecna polityka destabilizacji Ukrainy poprzez wykorzystanie wątpliwego separatyzmu regionów wschodnich. Ukraina zjednoczona, demokratyczna, miałaby potężną siłę oddziaływania, „soft power” na obszarze poradzieckim. Ukraina taka jak po pomarańczowej rewolucji, co prawda demokratyczna, ale słaba, skłócona i podzielona może być przykładem tylko negatywnym. Dlatego wątpliwe by wojska rosyjskie podjęły marsz na Kijów. Natomiast wykorzystywanie prorosyjskich nastrojów na ukraińskim Wschodzie może być narzędziem, które Moskwa będzie wykorzystywać jeszcze przez długi czas.

Reakcja Zachodu na kryzys ukraiński od początku budzi sprzeczne emocje. Wielu analityków uważa ją za wystarczającą inni lekceważą „wyrazy oburzenia”. Wydaje się, że skoro Zachód nie decyduje się na wysłanie wojsk na Ukrainę (co można usprawiedliwić) powinien stanowczo pokazać Rosji, że nie ma zgody na dalsze łamanie porządku pozimnowojennego. Sankcje mogą być skutecznym instrumentem pod warunkiem, że będą wystarczająco poważne i uderzą w samą putinowską elitę. Zasadne wydaje się rozmieszczenie wojsk NATO w krajach naszego regionu. Można by pomyśleć także o tarczy niekoniecznie wymierzonej w Iran. Pytanie jednak czy zachodni decydenci zdobędą się na takie kroki. Na razie sprawiają wrażenie rozdartych między szokiem spowodowanym działaniem Putina a nadzieją, że z jego Rosją mimo wszystko da się rozmawiać. Bardzo ważne by wyraźne stanowisko zajęły Niemcy. Z ich głosem bowiem Rosja liczy się najbardziej. Niezaprzeczalna jest tradycyjna więź sympatii między elitami z Moskwy i Berlina. Stąd działania Niemiec mogłyby być dla Rosji szczególnie bolesne. Jeżeli chodzi o USA to dobrze, że zaangażowały się w rozwiązanie konfliktu ale istnieje ryzyko, że Kreml zechce odnieść nad Waszyngtonem prestiżowe zwycięstwo. Istnieje bowiem różnica w rosyjskiej percepcji USA i Europy Zachodniej. O ile Waszyngton ma opinię tradycyjnego wroga, na Europę Zachodnią Rosja patrzy jako na partnera w interesach. Oczywiście amerykański udział w rozwiązaniu konfliktu jest potrzebny. Ale równie dużo realnych instrumentów mają w rękach państwa UE.

Polska przez ostatnie lata prowadziła wobec Rosji specyficzną politykę. Z jednej strony wejście do głównego nurtu UE miało oznaczać również bardziej przyjazne stosunki z Rosją. Zresztą to pojednanie było jednym z celów rządu Donalda Tuska. Z drugiej jednak w ramach unijnych instytucji polskie władze zwracały niekiedy uwagę na łamanie praw człowieka w Rosji i stan demokracji w tym kraju. Do tego ścisły sojusz z Berlinem miał zabezpieczyć kierunek wschodni. Można się spierać o zasadność takiej polityki. Analizując jednak dokładnie wypowiedzi tak ministra Sikorskiego jak i premiera Tuska nie wydaje się by ulegli oni złudzeniom, że Putin jest „demokratą czystym jak łza”. Bardziej była to polityka „dawania szansy”. I ta szansa została zmarnowana. Dlatego dzisiaj Polska ma większą niż kiedykolwiek możliwość by przekonać Zachód jakie zagrożenie niesie za sobą putinowska Rosja.  Nie zamykając wszystkich możliwości w Moskwie należy wykorzystać obecny kryzys by zdobyć realne gwarancje własnej niepodległości.

Jedna Ukraina

W polskiej percepcji Ukrainy utrwalił się podział na „prozachodni” Zachód i „ prowschodni Wschód”. Ostatnie wydarzenia przekreślają jednak obraz wschodniej Ukrainy, która oczekuje na sposobność przyjęcia do Rosji. Rosyjska propaganda stara się wykreować obraz rosyjskich patriotów broniących Wschodu Ukrainy przed kijowską „juntą”. Tymczasem fakty są takie, że w demonstracjach poparcia dla Ukrainy uczestniczyło zdecydowanie więcej osób niż w wiecach prorosyjskich. Można nawet postawić tezę, że w większości regionów na wschodzie kraju zdecydowana większość mieszkańców opowiada się ze jedną, niepodzielną Ukrainą. Nie znaczy to, że akceptują nowy rząd w Kijowie. Ale mimo wszystko zachowują lojalność wobec Ukrainy. Najbardziej skomplikowana sytuacja jest w Donbasie. Ale nawet tu większość mieszkańców deklaruje wolę pozostania w ramach państwowości ukraińskiej. Tożsamość mieszkańców Donbasu jest o tyle problematyczna, że część mieszkańców określa siebie jako Ukraińców, część Rosjan a pozostali jako „ludzie sowieccy”. Tożsamości narodowe w tym zamieszkałym głównie przez ludność napływową regionie nie są zbyt silnie rozwinięte. Tym niemniej jednak 23 lata istnienia niepodległej Ukrainy zrobiły swoje. I dziś większość mieszkańców, zwłaszcza młodych chce pozostać w ramach Ukrainy. Warto na przykład wspomnieć o jawnie okazywanym ukraińskim patriotyzmie przez kibiców słynnego klubu piłkarskiego Szachtara Donieck, którzy osłaniali proukraińskie demonstracje.

Tak więc obecny kryzys paradoksalnie może doprowadzić do tego, że Ukraina wyjdzie z niego silniejsza i mniej podzielona. Potrzebna jest jednak mądra polityka władz centralnych, która da mieszkańcom wschodnich regionów poczucie, że są takimi samymi Ukraińcami jak choćby Lwowianie. Do tej pory silnie zakorzenione było na przykład pogardliwe traktowanie tak zwanych  „donieckich” (generalnie jest to określenie grupy oligarchów z Donbasu ale używane też wobec mieszkańców całego regionu). Mieszkańcy Lwowa czy Kijowa nie muszą się wyrzekać swej pamięci historycznej. Wystarczy współpraca mająca na celu dobro współczesnej Ukrainy. Być może na Ukrainie wobec głębokich podziałów historycznych powinien wykształcić się tak zwany patriotyzm obywatelski polegający na współpracy dla kraju mimo odmienności światopoglądów.

I wreszcie trzeba wspomnieć, iż mimo, że Ukraina nie może ulec presji Rosji w kwestii federalizacji potrzebuje efektywnego samorządu na poziomie regionów. W ten sposób być może uda się po części rozbroić tendencje separatystyczne, co więcej doświadczenie uczy, że państwa zdecentralizowane funkcjonują efektywniej. Reforma będzie o tyle trudna, że trzeba będzie znaleźć złoty środek między zmianami faktycznie Ukrainie potrzebnymi a uleganiem presji Moskwy.

Wnioski

Ukraina znajduje się w obliczu najgłębszego w historii kryzysu swej państwowości. Mimo istnienia czynników wewnętrznych (kryzys gospodarczy) przeważają oczywiście czynniki zewnętrzne. Jeżeli jednak Kijów przetrwa obecny kryzys może wyjść z niego silniejszy. Niestety nie wszystko jest w rękach ukraińskich władz. Na razie prowadzą one zrównoważoną politykę nie ulegając rosyjskim prowokacjom. Zgodziły się też na porozumienie z Genewy, obiektywnie nie do końca dla Kijowa korzystna. Najwyraźniej jednak Rosja nie zamierza dotrzymywać żadnych zobowiązań i będzie dążyła do dalszej destabilizacji sąsiada. W obliczu kryzysu nawet zaplanowane na 25 maja wybory prezydenckie stoją pod znakiem zapytania. Tym niemniej Ukraina zyskała potężną sympatię opinii międzynarodowej i poczucie wewnętrznej jedności jakiego jeszcze w swej historii nie miała. Jeżeli na przeszkodzie nie stanie Rosja jest szansa, że Kijów wejdzie w końcu na ścieżkę normalnej transformacji.

Analizapowstała jeszcze przed piątkowym zaostrzeniem kryzysu i tragicznymi wydarzeniami w Odessie. Zdarzenia te pokazują, że prawdopodobnie niedługo czeka nas punkt kulminacyjny całego kryzysu. Jakiekolwiek prognozy byłyby wobec obecnego rozwoju sytuacji nieskuteczne. Cały kryzys ukraiński nasuwa jedną konkluzję. Porządek pozimnowojenny wydawał się wyjątkowo trwały. Jednak okazuje się, że jedynym pewnym narzędziem jego obrony byłaby tak naprawdę wojna. Ta zaś może od 1945 roku oznaczać wojnę nuklearną. Sankcje mają efekt ograniczony. Nie oznacza to oczywiście, że należy wycofać się z próby powstrzymania Moskwy. Być może rosyjska elita wyżej ceni własne interesy biznesowe niż marzenia o wielkiej Rosji. Putin musi też jasno wiedzieć, że jakiekolwiek naruszenie interesów członka NATO - a chodzi tu głównie o Łotwę i Estonię - będzie skutkowało uruchomieniem artykułu 5 Paktu. Co do samej Ukrainy to powinna ona poszukać rozwiązania, które zadowoli wszystkie części kraju. Federalizacja oznaczałby dysfunkcjonalność państwa. Z drugiej strony być może właśnie regionalizacja podważyłaby popularny na Wschodzie mit „o złodziejskim Kijowie żerującym na naszej pracy”. Gdyby spora część dochodów trafiała do regionów a jednocześnie zrezygnowałyby one z ambicji wpływu na politykę zagraniczną Ukraina mogłaby działać jako państwo o wiele sprawniej.

Łukasz Kołtuniak

 

 

 

Wszelkie prawa zastrzeżone © Polityka i Dypolomacja 2013 | Projekt i wykonianie Jerzy Waśko Studio graficzne Kraków
Menu