"Scenariusz jest bardzo pesymistyczny" - rozmowa z dr Piotrem Bajorem o konflikcie politycznym na Ukrainie

„Scenariusz jest bardzo pesymistyczny”. Rozmowa z dr Piotrem Bajorem z Uniwersytetu Jagiellońskiego o konflikcie politycznym na Ukrainie

Zaangażowanie Rosji w destabilizacji wschodniej Ukrainy jest oczywiste, ale czy separatyści są jedynie wspierani przez Kreml, czy też można stwierdzić, że Rosja od „A do Z” reżyseruje ich kolejne działania?

Ten scenariusz nie został napisany w Ługańsku, czy Doniecku, tylko w Moskwie. O realizacji takiego scenariusza mówił tuż po przejęciu władzy w Kijowie Andrij Parubij, sekretarz Rady Bezpieczeństwa Narodowego i Obrony Ukrainy, który określił je mianem „rosyjskiej wiosny”, czyli działań skierowanych na destabilizację sytuacji w kraju przez Rosję za pomocą działania separatystów. Władze w Kijowie, mimo słabości państwa, zapewne poradziłyby sobie z grupą kilkuset separatystów, ale są świadome, że wszelkie bardziej konsekwentne działania mogą zostać wykorzystane przez Kreml jako argument do interwencji zbrojnej. Marcowa decyzja Rady Federacji o możliwości wprowadzenia rosyjskich wojsk na Ukrainę jest przecież nadal aktualna. Putin w każdej chwili, pod pretekstem obrony mniejszości rosyjskiej we wschodnich obwodach ukraińskich, może wykorzystać tę decyzję.

Dyplomatyczna ofensywa Rosji ma na celu również zrzucenie winy na Zachód. W trakcie rewolucji ukraińskiej taki sam scenariusz realizowany był przez siły Majdanu na zachodzie kraju. Wówczas oni przejmowali budynki rządowe i dyskredytowali tym samym władze w Kijowie. Tak zwani separatyści domagają się większych uprawnień i kompetencji dla poszczególnych regionów, a przecież obecna władza w Kijowie jest gotowa na ustępstwa, co podkreślali Turczynow i Jaceniuk. Jeżeli faktycznie tego typu działania są wyrazem troski o los ludności rosyjskojęzycznej chcącej większej autonomii, to separatyści powinni nawiązać dialog z władzami centralnymi. Problem w tym, że prawdziwe motywy separatystów są inne i mają oni za zadanie utrzymywać stań napięcia i destabilizacji we wschodnich regionach.

Działania separatystów popierane są przez społeczeństwo?

Przedstawiane dane są bardzo różne. Spotkałem się nawet z takimi, które mówią, że tylko 10% ludności opowiada się za realnym przyłączeniem do Federacji Rosyjskiej. Moskwa cieszy się dużą sympatią na wschodzie Ukrainy, ale nie jest to adekwatne dla realnego poparcia jej działań. P.o. prezydenta Turczynow powiedział, że referendum w sprawie federalizacji kraju mogłoby się odbyć wraz z majowymi wyborami prezydenckimi. Wie doskonale, że większość obywateli nie popiera idei federalizacji Ukrainy.

Separatyści to w większości lokalni aktywiści, niemniej wspierani przez Rosję. Mieliśmy niedawno do czynienia z kilkoma przypadkami odkrycia bezpośredniego finansowania działań separatystów przez banki rosyjskie działające na Ukrainie. Toczy się śledztwo, zatrzymani zostali obywatele rosyjscy, również ci, którzy działali wcześniej na Krymie. To oznacza, że jest to zaplanowany scenariusz. Oprócz bezpośredniego wsparcia z Rosji, mamy jeszcze oligarchów, którzy rządzą ukraińską polityką i mogą odegrać olbrzymią rolę na wschodzie. Zwróćmy uwagę, że nie słyszymy o wydarzeniach w Dniepropietrowsku. Tam gubernatorem został Ihor Kołomyjski, który porozumiał się z władzami w Kijowie i najprawdopodobniej ma zagwarantowaną nietykalność majątkową. Z kolei Achmetow, zwany królem Doniecka ma się czego obawiać, bo w Kijowie liczne są głosy nawołujące do reprywatyzacji zgromadzonych nie zawsze zgodnie z prawem majątków ukraińskich oligarchów.

Czyli Achmetow pozwala na wzrost napięcia w celu wymuszenia gwarancji zabezpieczenia jego majątku?

Większa autonomia regionów oznacza uniezależnienie się od władzy centralnej w wymiarze sprawiedliwości, podatków itp. Z punktu widzenia Achmetowa, jest to kwestia zachowania majątku, statusu i wpływów, dlatego federalizacja kraju byłaby dla niego korzystna.

Na ile prawdopodobny jest scenariusz „drugiej Jałty”? Czy możliwe jest, że mocarstwa światowe wymuszą federalizacje Ukrainy po to, żeby kupić pokój w tej części Europy?

Pokój próbowano już kupić brakiem reakcji na aneksję Krymu. Państwa w Europie nie są zgodne w zakresie wspólnych działań. Nie są w stanie wypracować konsensusu i adekwatnej reakcji wobec Rosji. Świat przekonany jest, że ustępstwami doprowadzi do uspokojenia sytuacji na Ukrainie. Nie jest wykluczone, że aktualna sytuacja zakończy się obaleniem władz w Kijowie i zmianą władzy na bardziej prorosyjską. Partia Regionów się odbudowuje, a obecny rząd stoi przed dramatycznymi decyzjami, jak zamrożenie waloryzacji rent i emerytur, drastyczna podwyżka cen gazu, cięcia wydatków budżetowych, podniesienie akcyzy na alkohol i papierosy. Po takich reformach popularność rządu może drastycznie się obniżyć, a co gorsza doprowadzić do ponownej zmiany władzy.

Scenariusz zakładający federalizację jest brany pod uwagę przez władze w Kijowie jako element wymuszania uspokojenia sytuacji?

Sytuacja jest bardzo dynamiczna i Ukraina próbuje iść na ustępstwa. Idea federalizacji nie jest jednoznacznie odrzucana przez Kijów, kwestią otwartą pozostaje, jakie będą poziomy tej autonomii, możliwe są bowiem różne jej warianty. Przeprowadzając reformę zwaną „federalizacja” władza centralna może więc zachować znaczną polityczną kontrolę nad tym, co będzie się działo w poszczególnych regionach.

Jaki jest główny cel Rosji na Ukrainie? Czy zadowoli się samą deklaracją federalizacji?

Federalizacja Ukrainy nie jest jedynym żądaniem Rosji, a jedynie fragmentem całego pakietu. Drugą częścią tego pakietu jest zapewnienie pozablokowego statusu kraju. Polityka zagraniczna i bezpieczeństwa Ukrainy ma mieścić się w ramach, tzw. procesu finlandyzacji, co oznacza potwierdzenie rezygnacji z członkowstwa w NATO.

Dlaczego Rosja od początku nie postawiła kwestii „finlandyzacji Ukrainy” skoro ma to większe znaczenie dla Kremla, a ponadto łatwiej to wymusić niż bezpośrednią ingerencję w ustrój Ukrainy?

Po wydarzeniach w Kijowie mieliśmy sprawy związane z Krymem i procesem jego oderwania, dlatego nie podnoszono kwestii dotyczących przyszłości Ukrainy, zostawiając to na później. Teraz realizowany jest drugi etap scenariusza Putina, czyli destabilizacja wschodu kraju i zerwanie zaplanowanych na 25 maja wyborów prezydenckich Cały komplet propozycji wysuwanych przez Rosję ma zagwarantować Kremlowi, że Ukraina nie będzie wciągnięta w orbitę wpływów Zachodu.

Pana zdaniem jest to scenariusz realny? Czy Rosja jest w stanie wygrać biorąc pod uwagę fakt, że Zachód angażuje się finansowo na Ukrainie i domaga się reform, które wymagają od niej prozachodniej orientacji geopolitycznej?

Scenariusz potwierdzenia pozablokowości jest możliwy, ponieważ nie ma obecnie realnych szans na wstąpienie Ukrainy do NATO. Podczas szczytu Sojuszu w Bukareszcie w 2008 r. podniesiono kwestię Planu Działań na rzecz Członkostwa (MAP) w odniesieniu do Gruzji i Ukrainy. Putin powiedział wówczas, że jeśli Ukrainie przyznano by MAP, to ulegnie ona rozpadowi, gdyż jest „sztucznym tworem”. Dziś te słowa nabierają zdecydowanie nowego znaczenia, choć wówczas żaden z zachodnich polityków nie podszedł do nich poważnie. Plan nie został zaakceptowany z powodu braku zgody państw Sojuszu, zwłaszcza Francji i Niemiec. Dzisiaj niewiele się pod tym względem zmieniło, a wręcz uważam, że poparcie dla tego pomysłu w NATO w obecnej sytuacji znacznie się zmniejszyło.  Idea przystąpienia do Sojuszu nie ma też poparcia w samym społeczeństwie ukraińskim. W obecnych uwarunkowaniach nie ma ważniejszych kwestii niż zachowanie integralności i niepodległości, dlatego tworzenie nowych podziałów społecznych nie leży w interesie Kijowa.

Czy prawdopodobieństwo użycia siły przez Rosję na Ukrainie jest realne?

Prawdopodobieństwo wprowadzenia wojsk jest bardzo duże. Wszystko uzależnione jest od rozwoju scenariusza na wschodzie - jeśli walki doprowadzą do dalszego rozlewu krwi, to Rosja nie zawaha się użyć siły. Kreml wielokrotnie podkreślał, że rozumie swoją odpowiedzialność za życie swoich rodaków i zastrzega sobie prawo do ich obrony poza granicami kraju. Sami Rosjanie nie bardzo przejmują się reakcją Zachodu. Po aneksji Krymu notowania Putina poszły w górę, popiera go ¾ społeczeństwa.

Jak wyglądać będzie wtedy reakcja Zachodu? Wielu analityków wskazuje, że nie jest on mentalnie gotowy do konfrontacji z Rosją. Czy interwencja zbrojna na Ukrainie spowoduje całkowitą rewizję stosunków z Moskwą, a nie tylko symboliczne sankcje?

Będzie o to niezwykle trudno, ponieważ przekraczanie „czerwonej linii”, po której mogła się odbyć taka rewizja, nastąpiło już wraz z aneksją Krymu. W Europie został zachwiany dotychczasowy porządek, odebrano suwerennemu państwu część jego terytorium, którego gwarantem, co należy podkreślić, zgodnie z Memorandum budapeszteńskim była Rosja. Mimo to nie ma zgody na zdecydowaną reakcję. Bardzo wiele zależy od interesów gospodarczych. Już teraz mamy podział wśród państw UE, które są uzależnione od Rosji pod względem energetycznym. Niedawno w Bułgarii tamtejszy minister gospodarki i energetyki Dragomir Stojnew powiedział, że Bułgarzy nie chcą ponosić kosztów tego typy decyzji politycznych, które mogłyby zaważyć na ich bezpieczeństwie energetycznym. Przykłady wielu polityków oraz biznesmenów niemieckich wypowiadających się w podobnym tonie, są najlepszym potwierdzeniem tego, że o solidarność europejską w tym zakresie będzie niezwykle trudno.

Jaką perspektywę widzi pan przed Ukrainą? Czy to, co wydarzyło się w Kijowie zostanie zaprzepaszczone, tak jak „pomarańczowa rewolucja”, czy może należy pokładać nadzieję w realnych reformach, które przybliżą ten kraj do Europy?

 

Nowa ekipa nie miała czasu na zajęcie się niezbędnymi reformami. Teraz kluczowym problemem jest kwestia istnienia państwa, zagrożenie integralności terytorialnej. Scenariusz na najbliższą przyszłość jest bardzo pesymistyczny. Dla ukraińskiej gospodarki ewentualne odcięcie od rosyjskiego gazu, oznaczać będzie ogromne problemy. Dostawy rewersowe z innych kierunków niż Rosja na pewno nie zaspokoją ukraińskich potrzeb energetycznych. Podniesienie cen gazu może doprowadzić do niezadowolenia społecznego. Kolejna fala protestów byłaby pozytywna dla Putina, który wie, że wybory parlamentarne mogą zmienić na korzyść Rosji układ sił politycznych na Ukrainie.

„Krok do przodu” - Rozmowa z dr Piotrem Szwedo o WTO i problemach światowego handlu.

 

Niedawno byliśmy świadkami porozumienia Światowej Organizacji Handlu, które zostało zawarte na indonezyjskiej wyspie Bali. Czy możemy mówić o przełomie w liberalizacji światowego handlu?

Bez wątpienia porozumienie z Bali jest krokiem w przód w ułatwieniu handlu na świecie. Najważniejszą częścią tych porozumień są te dotyczące ułatwień w procedurach, np. wprowadzenie zasady transparentności w sprawach związanych z odprawą celną, co ma obniżenie kosztów handlu, gdyż producent nie będzie musiał ponosić tak wysokich kosztów obsługi prawnej. Wprowadzono również zasadę o wzajemnym informowaniu państw o regułach handlowych, kwestiach administracyjnych. Nie są to kwestie błahe. Dostęp do rynku niektórych państw dla produktów rolnych jest zablokowany albo objęty bardzo wysoką stawką celną. By móc eksportować towary trzeba uzyskać licencję na  tzw. kontyngent, których przydzielanie do tej pory odbywało się czasami zawiły i nieprzejrzysty sposób. Porozumienie z Bali ma to zmienić. Podjęto również kwestie subsydiowania rolnictwa, choć do końca nie udało się ustalić konkretów. Jedynie Indie uzyskały pozwolenie na subsydiowanie rodzimego rolnictwa w imię bezpieczeństwa żywnościowego.

To porozumienie ma więc charakter techniczny, a co z samą liberalizacją handlu?

Nie było porozumień, które dotyczyłyby obniżenia stawek celnych. Jest jedno porozumienie dotyczące bawełny, ale w tym dokumencie nie ma żadnych parametrów, które mówiłyby na ile dostęp do rynków państw importujących bawełnę miałby być łatwiejszy.

Skoro nie ma mowy o większej liberalizacji handlu, to może porozumienie z Bali jest przeceniane?

To jest przełom, ponieważ udało się przełamać pewien impas. Do tej pory państwa traciły na tyle zaufanie do WTO, że zaczęły się porozumiewać na boku. W ciągu ostatnich 20 lat mamy do czynienia z rosnącą liczbą porozumień regionalnych i dwustronnych, więc gdyby do tego porozumienia na Bali nie doszło mielibyśmy dalszy spadek znaczenia negocjacji globalnych na rzecz regionalnych inicjatyw.

Ciekawy problem. Czy dalsza liberalizacja będzie odbywać się w ramach poszczególnych bloków integracyjnych, jak UE lub ewentualnie między tymi blokami? Czy rola takich instrumentów globalnych regulacji stawek celnych jak Runda Tokijska odchodzi w niepamięć?

Obie formy negocjacji będą się toczyły zawsze równolegle, bo każdy kraj ma interesy globalne, ale też te o charakterze punktowym, które zmierzają do pogłębienia współpracy handlowej z jednym znaczącym partnerem. Jeśli chodzi o stawki celne w krajach rozwiniętych, to są one tak niskie, że nie bardzo jest co redukować. Poza tym cło przestaje być mechanizmem regulacji handlu. Warto tutaj popatrzeć na Rosję, która w momencie, gdy nie chce wpuścić na swoje terytorium jakiegoś produktu to nagle okazuje się, że przykładowo polskie mięso nie posiada jakiegoś certyfikatu, dokumentu. Te bariery współcześnie tworzy się w zupełnie inny sposób. Druga uwaga jest taka, że paradoksalnie porozumienie z Bali jest w pewnym sensie skutkiem kryzysu. Państwa w dobie problemów gospodarczych zdają sobie sprawę, że muszą znaleźć jakiś sposób na głębszą współpracę, udostępnić rynki zbytu dla swoich towarów, bo to spowoduje pobudzenie gospodarcze.

Czyli nie skreślamy WTO?

Absolutnie nie. To organizacja z dużą dynamiką. W moim przekonaniu jej znaczenie będzie rosnąć ze względu na globalizację. W coraz większym stopniu państwa mają interesy w krajach po drugiej stronie świata. Jeśli Polska chce sprzedawać prodkuty dokrajów z którymi Unia Europejska nie wynegocjowała jeszcze dwustronnych o wolnym handlu , to WTO jest najlepszym miejscem, by te kwestie regulować.

Jak wygląda mapa interesów Światowej Organizacji Handlu? Czy w samej organizacji istnieje podział państw ze względu na swój potencjał handlowy?

To jest bardzo skomplikowana sprawa. Kiedyś istniał podział na trzy zasadnicze grupy: państwa rozwinięte, rozwijające się i najsłabiej rozwinięte. Wśród państw rozwijających się są kraje, które chętnie przyjmują takie miano, ponieważ pozwala im to na utrzymanie pewnych preferencji w odniesieniu do relacji handlowych, ale te kraje coraz częściej mają już dziś dużą pozycję międzynarodową jak Chiny, Brazylia, czy Rosja. Zmienia się też struktura eksportu. Chiny jeszcze kilka lat temu postrzegane były jako kraj słynący z kopiowania i nagrywania płyt CD, a obecnie kładą ogromny nacisk na ochronę patentową i znaków towarowych. Sytuacja związana z podziałem państw zmienia się i komplikuje, nie jest już tak łatwo definiowalna, jak kilkanaście lat temu.

Wokół jakich kwestii toczą się dzisiaj spory handlowe?

Jest kilka wiodących kwestii. Na pewno podstawową jest handel żywnością. Unia Europejska i Stany Zjednoczone od dawna subsydiują swoją produkcję rolną, co jest sprzeczne z ogólną zasadą liberalizacji handlu. Te państwa charakteryzują się schizofreniczną postawą. Z jednej strony bowiem subsydiują, a z drugiej mówią o konieczności wycofania się z takiej polityki. Drugą istotną kwestią sporną jest ochrona własności intelektualnej. Często patentowane są nasiona, które wypierają z kraju konkurencję tańszych produktów rolnych i to powoduje, że biedniejsze państwa nie mają dostępu do zaawansowanych produktów.

Czyli spór przebiega między krajami zamożnymi, które chcą dostępu do nowej technologii przy jednocześnie jak najszerszej ochronie patentowej, a tymi rozwijającymi się?

Państwa, które posiadają nowoczesne technologie chcą je chronić, natomiast pojawia się jeszcze jeden problem, o którym wcześniej nie mówiono. Mianowicie handel w internecie. Coraz więcej usług może być wykonywanych za pośrednictwem internetu i to otwiera olbrzymie pole nowych problemów tj. dostęp do określonych usług, prywatność w internecie, ochrona danych, itp. Dlatego rozmaite instrumenty powstają obok WTO, czego przykładem była ACTA, która bez problemów mogłaby być podpisana w ramach WTO, ale nie realizowano jej poprzez tę organizację.

Czy zaprzestanie subsydiowania przez Unię Europejską rolnictwa oznaczałaby dla polskich rolników zagrożenie, czy szansę na zwiększony eksport?

Dla Polski najlepszym interesem byłoby subsydiowanie rolnictwa przez UE w jak największym stopniu, przy jednoczesnym otwarciu rynków innych państw. Trzeba również rozróżnić dwie kwestie: subsydiowanie produkcji na rodzimy rynek i to, czym zajmuje się WTO i chce wyeliminować, czyli subsydiowanie eksportu. Oczywiście często jest tak, że obie te kwestie nakładają się na siebie, gdyż subsydiowany produkt na rynek wewnętrzny może być w jakiś sposób przetwarzany i przeznaczany na eksport. I tutaj pojawia się kolejna kwestia, mianowicie cała problematyka związana z regułami pochodzenia. Obecnie jeden produkt jest wytwarzany w wielu różnych miejscach na świecie i reguły pozwalające stwierdzić pochodzenie towaru wynegocjowane kiedyś bardzo często nie odpowiadają warunkom współczesnego handlu.

Czy Polska będąc w UE ma narzędzia, aby kształtować handlową politykę unijną, która sprzyjałaby naszym interesom?

Rzeczywiście jest tak, że państwa przekazały całość swoich kompetencji dotyczących handlu zagranicznego UE. Natomiast te interesy, które ma Unia nie są niczym innym jak wypadkową interesów państw członkowskich. Polska polityka handlowa powinna być w większym stopniu oparta na dobrym przepływie informacji między polskim przemysłem,ośrodkami naukowymi i think-tankami tak żeby gremia decyzyjne w Ministerstwie Gospodarki mogły optymalnie reagować na polskie interesy i artykułować je w Brukseli.

Czy Polacy potrafią zadbać o swoje interesy na forum WTO?

To pytanie, które należałoby zadać negocjatorom i polskim przedsiębiorcom. Polscy negocjatorzy mają pewne sygnały, dotyczące tego na co nie wolno się im zgodzić. Natomiast oni sami przyznają, że brakuje im tak dobrych analiz, jakimi dysponują ich koledzy z państw najbogatszych. W porównaniu np. ze starymi państwami UE nasze zaplecze eksperckie jest niestety uboższe.

Czy istnieją duże rozbieżności pomiędzy interesami Polski a Niemiec, czy Francji?

Jeśli chodzi o ofensywę, czyli eksport to mamy tutaj interesy bardziej zbieżne, choćby poszukiwanie rynków zbytu dla produktów. Natomiast inaczej wygląda to w defensywie, gdzie chcemy bronić nasze rynki przed importem towarów z zewnątrz. Co innego produkujemy my, a co innego Niemcy.

Doktor Piotr Szwedo jest adiunktem w Zakładzie Prawa Międzynarodowego Publicznego.

Rozmawiał Paweł Musiałek.

 

Nie tylko kij. Rozmowa z prof. Tomaszem Grzegorzem Grosse o zarządzaniu polityką gospodarczą w Unii Europejskiej

Czy po uruchomieniu w 2011 r. mechanizmu Semestru Europejskiego, który zwiększył kompetencję UE w obszarze polityki gospodarczej, możemy powiedzieć, że jest ona dzisiaj w Europie lepiej skoordynowana i zarządzana?

Ten instrument jest oparty na słusznym założeniu - w państwach członkowskich posługujących się wspólną walutą, potrzebna jest koordynacja polityki gospodarczej. Ta reforma nie przyniosła jednak spodziewanych rezultatów. Gdyby tak było, to na ostatnim grudniowym szczycie Rady Europejskiej w 2013 roku nie dyskutowano by o nowych instrumentach mających uzupełnić procedurę Semestru Europejskiego, tzw. „kontraktach partnerskich” między państwami a UE. Te kontrakty są „ostrzejszą” formą dyscypliny w stosunku do Semestru Europejskiego.

Dlaczego ta reforma nie przyniosła rezultatów? Czy problem polegała na wadliwej konstrukcji tej reformy, czy może na jej niewłaściwym wdrożeniu?

Jedno i drugie. Samo zarządzanie w Semestrze Europejskim polega na tym, że Komisja Europejska zwraca uwagę państwom członkowskim na określone problemy gospodarcze, następnie Rada zatwierdza na ich podstawie rekomendacje. Rada nie do końca uwzględnia jednak całokształt sytuacji ekonomicznej w krajach UE. Wynika to z tego, że zarządza sprawami ze zbyt wysokiego poziomu decyzyjnego. Bruksela jest po prostu zbyt odległa od poszczególnych państw członkowskich, aby móc w pełni ocenić sytuację i wprowadzać adekwatne do uwarunkowań reformy strukturalne.

Czy w rekomendacjach Komisji dla Polski stawia ona właściwą diagnozę naszej gospodarce?

Niektóre spostrzeżenia są trafne, np. dotyczące konieczności większej koncentracji na polityce innowacyjnej. Problem polega jednak na tym, że całokształt modelu rozwojowego ukształtowanego w Polsce jest zbyt mocno oparty na międzynarodowych korporacjach, które zdominowały krajowy rynek. One niestety nie ulepszają poziomu innowacyjności Polski. Jeśli chcemy myśleć poważnie o budowie nowoczesnej gospodarki, to trzeba zmienić obecnie istniejący model rozwojowy w szerszej skali, a nie punktowej, jak proponuje to Komisja. Szczególnie że niektóre jej rekomendacje są wątpliwe tj. maksymalne otwarcie gospodarek na zagraniczny kapitał.

Czy te rekomendacje KE  nie są ze sobą sprzeczne?

Dokładnie. Sama Komisja dochodzi teraz do wniosku, że nadmierna liberalizacja rynku pracy i tzw. umowy śmieciowe, które wcześniej bardzo forsowała, nie przynoszą zakładanych rezultatów. To pokazuje, że niewystarczające są  pojedyncze rekomendacje, które nie biorą pod uwagę uwarunkowań lokalnych i dlatego nie zmieniają one całego systemu. Problem z Semestrem Europejskim polega też na tym, że KE  w dużym stopniu jest wyrazicielem woli największych państw członkowskich, które próbują rozwiązywać kryzys w strefie euro. Można to nazwać „kierowaniem z tylnego siedzenia”, co powoduje, że sugestie Komisji mogą być wewnętrznie sprzeczne lub niezbyt trafne wobec lokalnej sytuacji rozwojowej.

Czy w takim razie postulując nietrafione rekomendacje dla poszczególnych państw, KE popełnia błąd merytoryczny, czy niewłaściwa diagnoza wynika z nacisku najsilniejszych państw forsujących rozwiązania sprzyjające jedynie ich partykularnym interesom?

To jest wypadkowa kilku czynników. Po pierwsze, brak systemowego spojrzenia i zbyt wąskie spojrzenie Komisji na problemy danego kraju. Po drugie, znaczenie preferencji politycznych poszczególnych państw, w tym przede wszystkim najsilniejszych, które Komisja musi uwzględniać. Po trzecie, brakuje wsparcia finansowego Brukseli dla reform strukturalnych w ramach omawianego mechanizmu. Po czwarte, w sytuacji stagnacji gospodarczej instytucje europejskie nie mają odwagi uruchomić przewidzianych w semestrze europejskim sankcji, ponieważ to jeszcze bardziej pogrążyłoby niektóre kraje. Podsumowując, cały mechanizm jest nieefektywny.

Czy dzięki wprowadzeniu Semestru Europejskiego rola dyscyplinująca Komisji Europejskiej będzie faktycznie realizowana i będzie to motywowało kraje do wdrażania reform?

Dotychczasowa praktyka pokazuje, że nie wszystkie kary funkcjonują. Dużo łatwiej jest dyscyplinować słabsze państwa, szczególnie takie, które są uzależnione od europejskich programów ratunkowych, jak w przypadku Grecji, Irlandii, czy nawet Hiszpanii. Nie jest przypadkiem, że Irlandia jak ognia boi się kolejnej pomocy europejskiej i chce jak najszybciej wyjść z programów antykryzysowych. Politycy w Irlandii doszli do wniosku, że restrykcje wynikające z tej pomocy są bardzo kosztowne. Z kolei najsilniejsze państwa jak Francja czy Niemcy są krajami, których Bruksela nie dyscyplinuje w takim stopniu, jak kraje słabsze.

Podobną funkcję jaką pełni od 2011 r. Semestr Europejski przed jego powołaniem pełnił Pakt Stabilności i Wzrostu. Dlaczego ten mechanizm koordynacji polityki gospodarczej UE zawiódł? Z czego wynika ta nieefektywność UE w wypracowaniu polityki rozwojowej?

Pakt Stabilności i Wzrostu początkowo miał składać się z części konsolidacyjnej, która ograniczała wydatki budżetowe i części inwestycyjnej, która miała nakręcać koniunkturę. Finalnie Pakt zawierał jednak tylko ograniczenia dla nadmiernego długu i deficytu budżetowego, natomiast części prowzrostowej nigdy nie wprowadzono i to był główny problem. Z gospodarką jest jak z dzieckiem, którego nie można wychować poprzez nakładanie jedynie kar. Potrzeba również bodźców „pozytywnych”. Skoro ogranicza się państwa pod względem polityki budżetowej i nie mogą one prowadzić inwestycji w takim wymiarze, jak przed wejściem do Unii, to w takim razie Bruksela powinna przejąć część ciężarów inwestycyjnych, żeby dbać o wzrost i konkurencyjność gospodarczą.

Skoro problemem Paktu Stabilności i Wzrostu było ograniczenie do polityki „kija” to wydaje się, że Semestr Europejski nie stanowi rozwiązania problemów …

Zdecydowanie nie. Sytuacja gospodarcza w UE nie polepsza się tak jak się tego oczekuje lub jak się to promuje. Wskaźniki ekonomiczna nie wskazują na szybkie odrodzenie gospodarcze ani na poprawę wskaźników zadłużenia publicznego i prywatnego. Dlatego Niemcy widząc, że Semestr Europejski nie jest wystarczającym instrumentem, który sprawnie wprowadzałby oszczędności budżetowe, chcą wymusić na państwach członkowskich większe tempo dostosowań do założeń paktu fiskalnego poprzez wspomniane już kontrakty partnerskie.

Czy zmiany dotyczące spraw gospodarczych wpłyną na rekonfigurację władzy politycznej w Unii i umocnią podział na centrum i peryferie?

Doświadczenia kryzysowe wskazują, że tak może być. Największe państwa, które w największym stopniu ‘dokładają się’ do programów pomocowych dzięki temu zyskują na znaczeniu politycznym. Mają decydujący głos w ustalaniu warunków oferowanych pożyczek i w wielu innych sprawach, które w różnym stopniu wiążą się z tymi środkami pomocowymi. Dlatego też głos Niemców jest bardziej znaczący.

Czy zmierzamy w takim razie w stronę unijnej federacji, i to w dodatku z silną pozycją najsilniejszych państw na poziomie federalnym?

W kwestiach ustrojowych ewolucja UE rzeczywiście przypomina quasi-federację, gdzie stopniowo kompetencje przekazywane są przez poszczególne państwa do UE, ale, co istotne, bez przeniesienia legitymizacji demokratycznej w postaci choćby bezpośrednich wyborów do władz unijnych. Z drugiej strony, instytucje UE nie są w pełni autonomiczne, ale poddane kontroli najsilniejszych państw. Powstaje więc model asymetrycznej federacji o bardzo silnym, zakulisowym wpływie ze strony najsilniejszych aktorów, którzy w coraz większym stopniu wykorzystują instytucje unijne do realizacji swoich interesów.

Co federacyjny model oznacza dla Polski?

Jeżeli ta tendencja ustrojowa się utrzyma, to wszystko wskazuje na to, że będziemy w większym stopniu podlegali  zarządzaniu politycznemu i gospodarczemu przez tę quasi-federację, a w coraz mniejszym ją współtworzyć. Zagrożeniem jest również ryzyko obcięcia pieniędzy z budżetu europejskiego na rozwój gospodarczy, które w tej chwili dostajemy poniekąd w zamian za otwarcie własnego rynku i oddanie niektórych kompetencji do struktur unijnych. Taka sytuacja rodzi wiele pytań dotyczących sensu całej integracji w Europie.

Czy trend do przekazywania kluczowych kompetencji na poziom unijny nie jest przede wszystkim wyrazem głębokiego kryzysu przywództwa w krajach europejskich?

Elity krajowe są rzeczywiście słabe. Integrację wymyślono po to, żeby państwa europejskie mogły wzmacniać swoją pozycję wobec procesów, wynikających chociażby z globalizacji. Okazało się jednak, że ten pomysł nie do końca zmierza w tym kierunku. Po pierwsze dlatego, że integracja zamiast być wzmocnieniem dla stosunkowo małych państw europejskich w obliczu globalizacji sama zaczęła generować problemy, takie jak kryzys wspólnej waluty. Paradoksalnie integracja może więc tworzyć nowe tendencje, które będą niszczyły Europę, zamiast wzmacniać jej siłę i odporność. Dziś trzeba brać pod uwagę taki scenariusz. Po drugie, okazało się, że w obliczu kryzysu niektóre, najsilniejsze podmioty próbują przejąć sterowanie całym mechanizmem, aby maksymalizować partykularne korzyści. W ten sposób tylko niektóre państwa wykorzystują integrację dla wzmocnienia swojej pozycji w obliczu procesów wewnętrznych i zewnętrznych. Elitom pozostałych krajów wystarcza najczęściej to, że realne rządzenie przejmuje Bruksela, a one mogą bawić się w politykę wizerunkową lub nastawioną na personalne korzyści.

Kto w Europie jest dominującym podmiotem?

Przede wszystkim te państwa, które mają największy wpływ na proces decyzyjny – Francja, Niemcy. Te kraje są określane często jako motor integracji. O ile ten motor pracuje dla całej Europy, to wszystko jest w porządku. Jeżeli w większym stopniu pracują pod siebie, kosztem innych państw, wtedy integracja przestaje służyć tym szczytnym ideałom, a zaczyna być elementem przejęcia sterowności przez kraje centralne nad całą Europą.

Rozmowę przeprowadził Paweł Musiałek, pomagała Agnieszka Nowak

 

Mogłoby być lepiej. Rozmowa z Rajmundem Klonowskim dziennikarzem Kuriera Wileńskiego

Marcin Przydacz: W ciągu ostatnich stu lat Polacy na Wileńszczyźnie byli obywatelami wielu różnych organizmów państwowych. Poza krótkim okresem dwudziestolecia międzywojennego, nie było to jednak państwo polskie. Od 1991 r. jesteście obywatelami niepodległej Litwy. Która władza była, Pana zdaniem, dla Was najbardziej przychylna?

Rajmund Klonowski („Kurier Wileński”): Zdecydowanie najlepiej Polakom było w państwie polskim, co jest chyba zrozumiałe. Wilno wówczas przeżywało zresztą swój najświetniejszy okres w historii — wychowało dwóch noblistów (Czesław Miłosz i Andrzej Wiktor Schally), a gdyby nie wojna, byłoby ich zapewne więcej. Po wszystkich krótkotrwałych okupacjach w latach 1939-1945 — rosyjskiej, litewskiej, znów rosyjskiej i niemieckiej — nastąpiła okupacja sowiecka, która — po zakończeniu wywózek, ekspatriacji i stalinowskiego terroru — pozwoliła na złapanie oddechu. Powstała sieć polskich szkół i polski dziennik — które, mimo przyświecającego im celu sowietyzowania Polaków — pozwoliły na zachowanie żywego języka polskiego na tych terenach, dzięki czemu i dziś większość Polaków na Litwie mówi po polsku. Po upadku Sowietów ogromne nadzieje wiązano z niepodległą Litwą — ziściły się one jednak w nieznacznym stopniu. Korzystamy ze swobody zrzeszania się, ale nadal musimy walczyć o prawa językowe, które za czasów sowieckich nam przysługiwały (publiczne napisy etc.), o godność osobistą (o tym, jak się w dokumentach nazywamy, decydujemy nie my sami, tylko stosowni urzędnicy), sieć szkół się kurczy, a dziennik — „Kurier Wileński” — od lat boryka się z poważnymi problemami finansowymi oraz uciążliwościami administracyjnymi. Obecnie jednak, dzięki swobodzie zrzeszania się, możemy mieć własną reprezentację polityczną w postaci Akcji Wyborczej Polaków na Litwie i próbować aktywnie polepszać swoje położenie — coś, o czym za Sowietów nie mogliśmy nawet marzyć.

MP: Jak ocenia pan ogólną sytuację Polaków na Litwie? W sensie społecznym i gospodarczym. Jak wygląda stan polskiego szkolnictwa i restytucji majątków Polaków?

RK: Ogólna sytuacja Polaków na Litwie nie jest może tragiczna, ale nie jest też dobra. Z jednej strony, mamy największą sieć szkół z polskim językiem nauczania spośród wszystkich polskich diaspor, posiadamy prężnie działające organizacje społeczne, dziennik „Kurier Wileński”, oraz własną partię polityczną — Akcję Wyborczą Polaków na Litwie, która ma reprezentacje w samorządach, 8 posłów w Seimasie oraz jednego przedstawiciela w Parlamencie Europejskim. Z drugiej jednak strony, trendy demograficzne są straszne — w ciągu 23 lat niepodległości zmalało nas z 400 tysięcy do 200 tysięcy. Sieć szkół się kurczy wskutek niżu demograficznego, ale niestety także asymilacji i emigracji. Jesteśmy — w stosunku do większości litewskiej — statystycznie gorzej wykształceni i biedniejsi. Jest to skutek wojny i powojennych wywózek, kiedy to straciliśmy niemal całą inteligencję, ale także sowieckiej polityki ograniczania dostępu „biełopolakow” do wyższej oświaty. Bieda jest skutkiem dyskryminacji przy zwrocie zagrabionego przez Sowietów mienia — przez umożliwienie słynnych „przenosin” prawa do nieruchomości, a także rozdzielanie działek dla kolonistów w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych, na Wileńszczyźnie — gdzie większość byłych właścicieli to właśnie Polacy — zabrakło ziemi do zwracania w naturze, a rekompensata wynosi maksymalnie 6000 LTL (~7500 PLN) za hektar.

MP: Czy poczucie odrębności Polaków w ostatnich latach wzrasta czy maleje? Czego jest to wynikiem?

RK: Szykany skutkują dwojakimi przemianami w świadomości Polaków na Litwie. Część (raczej większa) przez to utwierdza się w swojej polskiej tożsamości i coraz mocniej uważa za grupę odrębną od Litwinów. Część się poddaje i asymiluje — jedni dla świętego spokoju, inni zaś kierując się zwyczajnym oportunizmem. Zupełnie zaś marginalnym zjawiskiem jest „tożsamość kompromisowa”, czyli dorabianie do naturalnego wileńskiego regionalizmu (bo wiadomo, że wilniuk różni się od warszawiaka czy krakusa) ideologii odrębności — że niby mówimy po polsku, ale nie jesteśmy „prawdziwymi” Polakami, tylko nową, odrębną grupą. Projekty takie szczególnie się wzmogły po odzyskaniu przez Litwę niepodległości — część, jak tożsamość „viczów” (od końcówki „-wicz” w nazwiskach) była otwarcie inspirowana przez władze litewskie, za promowaniem „tutejszyzmu” stali pogrobowcy Partii Komunistycznej i postkomunistyczni działacze akademiccy. Jest to jednak zjawisko marginalne, nieznajdujące (na razie) echa w społeczeństwie.

MP: Czy ma Pan poczucie, że polski rząd w ostatnich dwudziestu latach wystarczająco dbał się o polską społeczność na Litwie? Jakie błędy zostały popełnione? Czego Państwo oczekiwaliby od Warszawy dziś?

RK: Z całą pewnością się troszczył. Gdyby nie pomoc rządu dla polskich szkół i polskiej prasy, to te instytucje, traktowane przez Litwinów wrogo, by do dzisiejszego dnia nie przetrwały. Za środki przeznaczane na te cele jesteśmy Rzeczypospolitej Polskiej serdecznie wdzięczni. Jednak brakuje czasem w zagospodarowywaniu tych środków jakiejś długofalowej strategii — pieniądze na media na Wschodzie (nie tylko na Litwie) zdają się czasem być rozdysponowywane przypadkowo. Dla przykładu, ogromne kwoty przeznacza się na szkolenia dla polonijnych dziennikarzy, ale często te szkolenia obejmują jedynie podstawy fachu i zdają się być przygotowywane bez zapoznania się z zapotrzebowaniem samych zainteresowanych. Duże sumy przeznacza się na media „polonijne”, które są robione w Polsce i wysyłane na Wschód, a tam nie znajdują odbiorcy, bo ich autorzy — z Warszawy lub Krakowa — kompletnie się nie orientują w realiach Lwowa, Wilna czy Grodna, w których nierzadko w życiu nie byli. Jeśli chodzi o troskę polityczną, to brakuje zwyczajnego wymagania od Litwy, by przestrzegała traktatu polsko-litewskiego z 1994 roku, brakuje konsekwencji w egzekwowaniu zobowiązań przez Litwę podjętych. Część działaczy politycznych, akademickich i medialnych z Polski też zdaje się przedkładać litewską rację stanu nad polską, co jest bardzo przykre.

MP: Jak oceniłby Pan stan zainteresowania sprawami mniejszości polskiej na Wileńszczyźnie wśród Polaków nad Wisłą? Jak ten stan polepszyć?

RK: Stan zainteresowania naszymi sprawami z pewnością jest o wiele większy, niż choćby dekadę temu. Cieszę się, że udało się przełamać medialną blokadę, jaka panowała na temat Polaków na Wschodzie — prawdopodobnie w imię ideologii Jerzego Giedroycia, że „należy zapomnieć”. Na pewno stan ten polepszyć można przez utrzymywanie żywych kontaktów z Polakami z tamtych terenów — nie tylko przez Internet, ale także spotkania osobiste. I, rzecz jasna, poprzez czytanie polskich mediów, w tym „Kuriera Wileńskiego”, do czego zachęcam.

Rozmawiał: Marcin Przydacz

 

Rosjanie zazdroszczą Ukraińcom odwagi. Rozmowa z Jakubem Korejbą

 

Jakie komentarze pojawiają się w Rosji na temat sytuacji na Ukrainie? Czy wydarzenia na Majdanie budzą obawy Kremla?

Temat wydarzeń na Ukrainie jest niewątpliwie tematem nr 1 w Rosji, choć sam przekaz medialny jest dość zróżnicowany. Państwowe kanały informacyjne rozpatrują tę sytuację przede wszystkim jako element gry geopolitycznej. Pojawiają się nawet teorie spiskowe jakoby wydarzenia na Majdanie były inspirowane przez Zachód, oczywiście przeciwko Rosji. Jest również część mediów i opinii publicznej, która patrzy na Ukrainę z pewnego rodzaju zazdrością, ponieważ okazuje się, że „młodsza siostra” Rosji pomimo gorszej sytuacji ekonomicznej ma bardziej dojrzałe społeczeństwo, które potrafi sprzeciwić się władzy.

Czy w moskiewskiej elicie istnieje przeświadczenie o tym, że wydarzenia na Majdanie mogą być zagrożeniem geopolitycznym czy przede wszystkim destabilizujące dla polityki wewnętrznej Rosji?

Obydwa aspekty są istotne. Zewnętrzny aspekt to oczywiście kwestia geopolitycznej konkurencji między Rosją a Unią Europejską. Zbigniew Brzeziński powiedział kiedyś, że jeśli Ukraina pójdzie na Zachód, to Rosja nigdy nie będzie imperium i ta diagnoza jest podzielana w części rosyjskich elit. Natomiast aspekt wewnętrzny opiera się na założeniu, że Ukraina jest niejako Rosją w „zmniejszonym formacie”. Oba kraje są bliskie kulturowo, ludzie myślą w podobnych kategoriach. Określenie „bliska zagranica” jest przecież w rosyjskim społeczeństwie i elicie określeniem wciąż żywym. Państwa postsowieckie traktowane są jakiego swego rodzaju państwa drugiej kategorii, myślenie o nich jest określane swoistym wariantem „neo-breżniewizmu”, czyli ograniczonej suwerenności. Ukraina może stać się laboratorium dla tego, czego w Rosji elity obawiają się najbardziej, czyli „pomarańczowego” scenariusza. Jest to szczególnie istotne w sytuacji, kiedy rosyjska gospodarka radzi sobie coraz gorzej. Już w przyszłym roku mogą pojawić się istotne napięcia społeczne generujące protesty. Dlatego decyzje Kijowa mogą mieć głębokie konsekwencje dla stabilności władzy na Kremlu.

Zostawiając polityczne elity, jakie opinie na temat wydarzeń na Ukrainie są dominujące wśród Rosjan?

Większość Rosjan nigdy w życiu nie była za granicą. Ci ludzie mają bardzo ograniczone możliwości skonfrontowania swoich wyobrażeń z rzeczywistością. Do nich w dużym stopniu dociera państwowa propaganda, a ponieważ nie mają żadnej możliwości jej weryfikacji, to w nią wierzą. To jest główne zaplecze społeczne Putina i jego polityki, co dotyczy także Ukrainy. Ludzie, którzy wyjeżdżają i mają możliwość konfrontowania się z innymi źródłami informacji zazdroszczą Ukraińcom tego, że w momencie, kiedy prezydent zdradza interesy kraju mają śmiałość wyjść na ulicę i mu to powiedzieć. Rosjanie takiej śmiałości nie posiadają.

Jaką strategię po Wilnie przyjmie Rosja wobec Ukrainy? Czy Kreml jest usatysfakcjonowany rezygnacją Kijowa z wyraźnej orientacji na Zachód i dalszym balansowaniem między Wschodem a Zachodem, czy będzie gotów do dalszych kosztów, aby wymusić wejście Ukrainy do Unii Celnej?

Rosyjska elita polityczna nie jest zgodna co do dalszego kursu wobec Ukrainy. Część polityków wychodzi z założenia, że polityka zagraniczna musi opierać się na pewnych racjonalnych przesłankach ekonomicznych. To znaczy, dobre dla kraju jest to, co przynosi mu wymierny zysk. Oni uważają, że jeżeli Kreml spełni żądania Janukowycza, to Rosja na tym straci. Szczególnie, że sytuacja ekonomiczna Rosji jest niestabilna, a dodatkowe koszty „utrzymania” Ukrainy wyniosą ok. 20 – 45 mld $ rocznie, przede wszystkim w postaci obniżek cen gazu. Ta część polityków zdaje sobie sprawę, że takie pieniądze będą potrzebne samej Rosji, a nie Ukrainie. Druga część rosyjskiej elity uważa, że imperium należy odbudować za wszelką cenę, więc nie ważne są ekonomiczne koszty. Skoro Rosja nie może być imperium bez Ukrainy, to przyciąganie Kijowa do własnej strefy wpływów wart jest każdych pieniędzy. Z punktu widzenia Putina wszystko inne oprócz wstąpienia do Unii Celnej nie ma sensu, więc zatrzymanie negocjacji na tym etapie absolutnie go nie satysfakcjonuje. Jedyną stawką wartą poświęconych pieniędzy jest Unia Celna.

Jakie kroki powinien podjąć w takiej sytuacji prezydent Janukowycz?

Trzeba przyznać, że Janukowycz zachowuje się bardzo racjonalnie. Interesem Ukrainy jest pozostawanie pomiędzy Rosją, a Unią Europejską i czerpanie korzyści z bycia łącznikiem między Wschodem a Zachodem

Obiektywnym interesem Kijowa jest pozostawienie otwartymi obu tych struktur integracyjnych na ukraińskie towary, przepływ kapitału, ale jednocześnie nie przyłączanie się do żadnej z tych struktur. Problem Janukowycza polega na tym, że Rosja i UE zmuszają go do dokonania wyboru, a każdy dokonany wybór będzie w jakiś sposób niekorzystny dla Ukrainy. Każdy ukraiński rząd rozumiał, ze interesem kraju jest balansowanie między Rosją a Europą, dlatego Janukowycz będzie robił wszystko, żeby do Unii Celnej nie wstąpić, ale tez nie podpisać umowy z UE.

Czyli  ostatnich deklaracji Janukowycza o możliwości podpisania umowy stowarzyszeniowej z UE w marcu 2014 r. nie należy traktować poważnie?

Należy wziąć pod uwagę, że pozycja Janukowycza została osłabiona. Protesty spowodowały, że pojawił się czynnik bezpośredniej woli przystąpienia do podpisania umowy z UE. Jeżeli administracja Janukowycza zastosuje wobec protestujących wariant siłowy, dojdzie do rewolucji, a biorąc pod uwagę nastawienie społeczności międzynarodowej do Janukowycza, to na żadne wsparcie nie może on liczyć. Sytuacja na Ukrainie jest bardzo dynamiczna i sam nie jestem przekonany, czy prezydent ma w tej chwili jasną strategię działania. Ukraiński prezydent jest politykiem, który skupia się na utrzymaniu swojej władzy, a do tego potrzebuje pieniędzy. Jeśli pojawi się cień szansy wynegocjowania umowy z UE na warunkach, które pozwolą mu się utrzymać u władzy, wówczas ją podpisze. Doskonale zdaje sobie sprawę, że podpisując umowę z Rosją wyda na siebie polityczny i finansowy wyrok śmierci.

 

Podkategorie

Wszelkie prawa zastrzeżone © Polityka i Dypolomacja 2013 | Projekt i wykonianie Jerzy Waśko Studio graficzne Kraków
Menu