Eskalacja konfliktu palestyńsko - izraelskiego

Niespełna 30 dni temu konflikt pomiędzy Izraelem i Hamasem uległ gwałtownemu nasileniu. Od 2012 roku na mocy zawartych porozumień Żydzi nie prowadzili otwartych działań militarnych wobec Palestyńczyków. Strona palestyńska również zaprzestała wzmożonych ataków na cele izraelskie. Nie oznacza to jednak, iż relacje pomiędzy dwoma zwaśnionymi narodami układały się pomyślnie. Większość ekspertów czas względnego zawieszenia broni określała jako „okres uśpienia”. Nie bezpodstawnie można stwierdzić, że był to jednak niespokojny sen. W ciągu ostatnich dwóch lat rząd Benjamina Netanjahu znacznie rozwinął program osadnictwa żydowskiego na obszarze Autonomii Palestyny, na mocy którego zbudowanych zostało kilkanaście tysięcy nowych domów. Warto zaznaczyć, iż kwestia likwidacji osadnictwa żydowskiego na tzw. terenach okupowanych, jest jednym z głównych postulatów Palestyńczyków w żmudnym izraelsko-palestyńskim procesie pokojowym. W przeszłości rozwój osadnictwa żydowskiego wielokrotnie był bezpośrednią przyczyną eskalacji konfliktu narodowościowego nad Jordanem. Zasadne jest zatem twierdzenie, iż program budowy nowych osiedli izraelskich, znacznie wpłynął na kształt obecnej sytuacji. Palestyńczycy, a w szczególności zbrojne skrzydło Hamasu, dzierżącego władzę w Strefie Gazy, wielokrotnie odpłacali się Netanjahu w krwawy sposób. Izraelskie źródła rządowe podają, że od 2012 roku rakiety palestyńskie ponad sto razy spadały na terytorium Izraela powodując śmierć bądź raniąc kilkadziesiąt osób. Ponadto decyzje polityczne, podejmowane zarówno przez stronę palestyńską jak i izraelską, stale mąciły wątły spokój w Ziemi Świętej. Wystarczy wspomnieć kwietniową decyzję przewodniczącego Autonomii Palestyny Mahmouda Abbasa, dotyczącą ubiegania się Palestyny o członkostwo w kilkunastu agencjach ONZ, wobec której silny sprzeciw zgłaszał Tel Awiw. Ponadto cztery miesiące temu doszło do bezprecedensowego porozumienia pomiędzy Hamasem i Fatahem w sprawie utworzenia wspólnego rządu jedności narodowej. Wspólny gabinet miał na celu pełniejszą reprezentację Palestyńczyków na arenie międzynarodowej oraz skuteczniejsze działanie administracji w Strefie Gazy oraz na Zachodnim Brzegu Jordanu. Jednak powyższe działanie zostało odebrane przez Izrael jako wysokie zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa. Hamas jest postrzegany przez społeczność międzynarodową jako organizacja terrorystyczna. Nie dziwi zatem fakt, iż Netanjahu, prowadzący dotychczas negocjacje z umiarkowanym Fatahem, ostro zareagował na perspektywę dzielenia stołu negocjacyjnego z bojownikami Hamasu. Jednak działania Izraela również burzyły wizję stabilizacji na Bliskim Wschodzie. Były nimi m.in. podejmowane przez rząd decyzje aneksji kolejnych terenów pod budowę osiedli na Zachodnim Brzegu Jordanu; niemal całkowita izolacja Strefy Gazy; reglamentacja energii oraz towarów i usług, dostarczanych przez Izrael do Strefy Gazy, co istotnie wpłynęło na obniżenie jakości życia Palestyńczyków zamieszkujących powyższy obszar; wstrzymanie uwalniania więźniów palestyńskich. Wymienione działania skutecznie torpedowały wszelkie starania społeczności międzynarodowej, zmierzające ku zakończeniu konfliktu. Szczególnie zaangażowane w powyższą materię były Stany Zjednoczone. Sekretarz stanu John Kerry w ostatnich kilku miesiącach 12 razy odbywał podróż do Izraela i Palestyny, z nadzieją na nawiązanie nici porozumienia pomiędzy zwaśnionymi narodami. W działania na rzecz pokoju w Ziemi Świętej włączył się również aktywnie papież Franciszek, który gościł w Watykanie Mahmouda Abbasa i Szimona Peresa na wspólnym spotkaniu. Jednak wszelkie wysiłki były bezskuteczne. Napięcia pomiędzy Żydami i Palestyńczykami nasilały się z miesiąca na miesiąc. W powyżej określonych okolicznościach rozwijały się dogodne warunki do osiągnięcia dzisiejszego status quo.

 

Bezpośrednią przyczyną obecnych walk w Strefie Gazy stało się porwanie trzech izraelskich studentów przez bojowników Hamasu. 13 czerwca młodzi ludzie zostali uprowadzeni w pobliżu Hebronu na Zachodnim Brzegu Jordanu. Był to duży wstrząs dla społeczności izraelskiej. Premier Netanjahu niezwłocznie wydał oświadczenie, w którym obarczył odpowiedzialnością za porwanie nie tylko Hamas, ale również prezydenta Abbasa, który zawarł porozumienie z powyższą organizacją. Co istotne Abbas publicznie potępił porwanie trzech studentów. Siły Obronne Izraela błyskawicznie rozpoczęły operację poszukiwawczą, mającą na celu uniemożliwienie przewiezienia studentów do Strefy Gazy. Działania armii izraelskiej zakrojono na  bardzo szeroką skalę. W pierwszych dniach aresztowano kilkuset Palestyńczyków współpracujących z Hamasem. Społeczność międzynarodowa nie milczała wobec aktu przemocy Hamasu oraz perspektywy nasilenia konfliktu na Bliskim Wschodzie. Unia Europejska, Stany Zjednoczone oraz sekretarz generalny ONZ zgodnie potępili działanie Hamasu. Akcja poszukiwawcza prowadzona przez Izrael nabierała rozmachu. Jednocześnie w odwecie za liczne aresztowania, na terytorium Izraela zaczęły spadać rakiety wystrzelone ze Strefy Gazy. Żydzi nie pozostawali dłużni Palestyńczykom i rozpoczęli akcje likwidacji instalacji rakietowych, przy pomocy precyzyjnych nalotów lotniczych. Prowadząc akcję poszukiwawczą, siły Izraela rozpoczęły także niszczenie komórek Hamasu na Zachodnim Brzegu. Codziennością stały się masowe aresztowania osób podejrzanych o współpracę z terrorystami, przeszukania i wyburzanie budynków należących do członków Hamasu. Palestyńczycy natomiast odpowiadali coraz silniejszymi atakami rakietowymi, wymierzonymi w centralne ośrodki Izraela. Sytuacja zaczęła wymykać się spod kontroli. Jeden z przywódców Hamasu oświadczył, że „kolejna Intifada na Zachodnim Brzegu już się rozpoczęła i nikt jej nie powstrzyma”. Powyższe słowa oraz zaostrzająca się sytuacja, spowodowały reakcję ONZ. Dyrektor polityczny Narodów Zjednoczonych Jeffrey Feltman zaapelował do Izraela o powstrzymanie się od eskalacji przemocy oraz ograniczenie operacji poszukiwawczej do niezbędnych środków. Niestety apele przedstawicieli społeczności międzynarodowej nie odniosły pożądanego skutku. Aresztowania oraz ataki odwetowe osiągały coraz większe rozmiary. Przełom patowej sytuacji nastąpił 30 czerwca. Izraelski wywiad odnalazł ciała trzech zaginionych studentów. Zwłoki porzucono przy drodze, zaledwie kilka kilometrów od miejsca porwania. Był to kolejny wstrząs dla społeczności żydowskiej. Barack Obama zdecydowanie potępił zabójstwo trzech młodych ludzi przez Hamas. Jednak równocześnie zaapelował do przywódców Izraela o niepodejmowanie pochopnych decyzji oraz o powściągliwość ewentualnej akcji odwetowej. Zdecydowanych działań ze strony Sił Obronnych Izraela głośno domagało się natomiast społeczeństwo izraelskie. Codzienne kilkutysięczne demonstracje, postulujące rozpoczęcie ofensywy skierowanej przeciwko Hamasowi, nabierały na sile. Nie osłabły także palestyńskie ataki rakietowe. Szczególnie nasiliły się one w pierwszych dniach lipca, po śmierci 16-letniego Palestyńczyka, zamordowanego przez grupę fundamentalistów żydowskich. W powyższych okolicznościach premier Benjamin Netanjahu podjął decyzję przeprowadzenia ofensywy, mającej zmiażdżyć opór Hamasu i całkowicie zlikwidować potencjał militarny organizacji.

Operacja pod kryptonimem „Obronny Brzeg” została rozpoczęta 8 lipca. Lotnictwo izraelskie już pierwszego dnia zbombardowało 160 celów w Strefie Gazy. W rezultacie ataków, w ciągu pierwszej doby trwania ofensywy zginęło 27 Palestyńczyków, zaś kilkuset zostało rannych. Hamas odpowiedział ogniem rakietowym. Wystrzelono kilkadziesiąt rakiet, które w znakomitej większości chybiły celu, bądź zostały przechwycone przez system obrony przeciwrakietowej „Iron Dome”. Kolejne dni przyniosły dalszą eskalację konfliktu. Każdej doby w Strefie Gazy ginęło kilkadziesiąt osób. W większości były to ofiary spośród ludności cywilnej. Powszechne jest bowiem lokowanie komórek Hamasu w budynkach należących do zwykłych palestyńskich rodzin. Ponadto instalacje rakietowe są montowane na dachach budynków mieszkalnych, szkół, a nawet szpitali. W obliczu humanitarnej katastrofy światowi przywódcy z Barackiem Obamą i Władimirem Putinem na czele, stanowczo zaapelowali o deeskalacje trwających walk. Co prawda Kongres USA oficjalnie potwierdził prawo Izraela do obrony własnych obywateli przed rakietami palestyńskimi, jednak armia Izraela musi zważać na to, aby nie krzywdzić niewinnych ludzi. Niestety wszelkie apele o zawieszenie akcji militarnych zostały odrzucone. Pierwsze nadzieje na pokojowe rozwiązanie obecnego sporu i stabilizację sytuacji pojawiły się w połowie lipca, gdy Egipt wysunął propozycję natychmiastowego 12-godzinnego zawieszenia broni, które umożliwiłoby podjęcie rokowań pokojowych. Niestety egipską propozycję przyjął jedynie Izrael, który 15 lipca wprowadził zawieszenie broni. Jednak ostrzał ze Strefy Gazy spowodował natychmiastowe zerwanie krótkotrwałego zawieszenia broni. Izrael uderzył z jeszcze większą siłą. Jednocześnie powołano 48 tysięcy rezerwistów, zapowiadając tym samym wdrożenie operacji lądowej. Po nieudanej sesji rozmów w Kairze, Benjamin Netanjahu wydał zgodę na rozpoczęcie akcji lądowej, której celem miało być zniszczenie tuneli, wykorzystywanych przez palestyńskich bojowników do przedostawania się na tereny Izraela oraz całkowite zniszczenie systemów rakietowych Hamasu. Niestety ofensywa lądowa spowodowała znaczne zwiększenie ofiar wśród palestyńskiej ludności cywilnej. Międzynarodowy Czerwony Krzyż zaapelował o stworzenie możliwości opuszczenia terenów objętych działaniami wojennymi przez palestyńską ludność cywilną. Powyższe żądania poskutkowały dotychczas zaledwie dwoma, kilkunastogodzinnymi humanitarnymi okresami zawieszenia broni. Do końca lipca Siłom Obronnym Izraela udało się zlikwidować większość tuneli w Strefie Gazy. Nie zapobiegło to jednak ustaniu ostrzału rakietowego prowadzonego przez Hamas. Obecnie w Strefie Gazy prowadzone są nadal intensywne działania zbrojne. Wszelkie apele światowych przywódców o natychmiastowe zawieszenie walk nie odnoszą skutków. Kilkukrotne próby rokowań pokojowych, podejmowane głównie przez Egipt, zakończyły się niepowodzeniem. Wydaje się, iż deeskalacja przemocy w Ziemi Świętej jest bardzo odległa.

Skala obecnych działań wojennych w Strefie Gazy jest największa od 2006 roku. Jednak jeszcze większa jest liczba ofiar, które pochłania trwająca ofensywa. W rezultacie dotychczasowych działań wojennych zginęło ponad 40 żołnierzy izraelskich. Natomiast liczba ofiar po stronie palestyńskiej jest nieporównywalnie większa. Źródła palestyńskie podają, że do końca lipca na skutek izraelskiej ofensywy śmierć poniosło 1459 osób, zaś liczbę rannych szacuje się na 10 tysięcy. Jak już wspomniano przeważająca liczba ofiar po stronie palestyńskiej to cywile, w tym wiele dzieci. Ilość ofiar potęguje przeprowadzanie nalotów i ostrzał artyleryjski skierowany wobec budynków użyteczności publicznej, prywatnych nieruchomości, szkół i szpitali. Izrael jest bezwzględny wobec wykorzystywania powyższych konstrukcji przez Hamas w celach militarnych. Dotychczasowe działania dowiodły, iż bojownicy Hamasu bardzo często ukrywają się w zwykłych domach rodzin palestyńskich. Ponadto szkoły ONZ i szpitale wykorzystywane są nierzadko jako składy rakiet i amunicji Hamasu. Bojownicy montują tam także wyrzutnie rakiet, mając nadzieję, iż Izraelczycy nie obiorą za cel budynków o przeznaczeniu cywilnym.

Niestety w konsekwencji życie tracą głównie niewinni. Liczba ofiar po stronie cywilnej stała się powodem narastającej międzynarodowej krytyki wobec działań Izraela. Turcja, Brazylia oraz bliskowschodnie państwa arabskie mówią już otwarcie o ludobójstwie i szeregu zbrodni wojennych popełnionych przez Tel Awiw. Z drugiej strony Stany Zjednoczone wyraźnie popierają prawo Izraela do obrony przed atakami rakietowymi. W geście solidarności  w ostatnich dniach Kongres zatwierdził uchwałę, na mocy której przyznano pomoc w rozbudowie izraelskiej „Żelaznej Kopuły” w wysokości 225 mln dolarów. Europa zaś nie staje oficjalnie po żadnej ze stron. Wraz z Sekretarzem Generalnym ONZ nawołuje zaś do jak najszybszego zakończenia walk. Wola zawieszenia broni jest jednak wspólnym dążeniem całej społeczności międzynarodowej. Niestety dotychczasowe naciski nie wpłynęły znacząco na przywódców dwóch zwaśnionych narodów. Należy jednak zaznaczyć, iż Izrael przyjmuje niemal każde propozycje krótkotrwałego zawieszenia broni. Niestety powyższe starania są konsekwentnie odrzucane przez Hamas. Dotychczas palestyńscy bojownicy już siedem razy zrywali zawieszenie broni, motywując tym samym akcje odwetowe Żydów. Jednocześnie powyższe działania Hamasu zdają się legitymizować trwanie izraelskiej ofensywy.

Przywódcy Hamasu nie godzą się na zakończenie ataków na Izrael dopóki ich żądania nie zostaną spełnione. Rzecznik Hamasu Musa Abu Marzuk oświadczył, że wstępne oczekiwania Hamasu to większy dostęp do wód międzynarodowych, zniesienie ograniczeń gospodarczych Strefy Gazy, uwolnienie więźniów oraz otwarcie przejść granicznych. Są to warunki podjęcia negocjacji z Izraelem. Jednak Netanjahu wiele razy podkreślał, iż nie będzie prowadził negocjacji z terrorystami. Jedynym przedstawicielem strony palestyńskiej, będącym w oczach premiera Izraela godnym zaufania jest Fatah z Abbasem na czele. Jednak obecnie wydaje się, że Mahmud Abbas nie posiada żadnej kontroli nad wydarzeniami w Strefie Gazy. Od 2006 roku to Hamas dzierżył władzę w Strefie Gazy, zaś Fatah administrował Zachodnim Brzegiem. Po zawarciu porozumienia pomiędzy dwoma organizacjami w kwietniu bieżącego roku, wydawało się, iż Palestyńczycy w końcu zaczną mówić jednym głosem. Jednak obecna ofensywa pokazała, że Fatah i Hamas są dosyć odległe zarówno w swych dążeniach jak i środkach wykorzystywanych do osiągnięcia celu. W obliczu braku jedności w samym narodzie palestyńskim, perspektywa rychłego zakończenia konfliktu jest niewielka.

Wydawać by się mogło, że jedną z niewielu przesłanek przemawiających na korzyść zakończenia obecnych działań zbrojnych, są ogromne koszta finansowe jakie ponosi naród izraelski. Z wstępnych szacunków izraelskiego ministerstwa obrony wynika, iż do końca lipca ofensywa militarna kosztowała Izrael ponad miliard szekli. Jednak koszty wojny są szybko minimalizowane, poprzez pomoc finansową zapewnioną przez Stany Zjednoczone. Ponadto Izrael powołał do tej pory 86 tysięcy rezerwistów, którzy są świetnie wyszkoleni, a przy tym niedrodzy w utrzymaniu. Zatem aspekt finansowy nie powinien odgrywać znaczącej roli w procesie podejmowania decyzji przez przywódców Izraela. Niewątpliwie największe znaczenie ma aspekt bezpieczeństwa. Netanjahu podczas niedawnego wystąpienia, powiedział, że faktyczne bezpieczeństwo może zapewnić Izraelowi jak największe zniszczenie struktur Hamasu. Nie wykluczył także całkowitego przejęcia Strefy Gazy przez Izrael i tymczasowe objęcie nad nią administracji i kontroli. W powyższym przypadku ostateczny długotrwały pokój zastałby wykluczony. Niezbędnym warunkiem osiągnięcia faktycznego rozejmu jest bowiem zapewnienie Palestyńczykom godnych warunków do życia w ich własnym państwie. Na to się jednak nie zanosi.

 

 

Mateusz Mikowski

Węgry: taktyczne triumfy, strategiczne dylematy

Logika formułowania i prowadzenia węgierskiej polityki zagranicznej jest przejrzysta i jednoznaczna. Sprawy najściślej związane z narodowym interesem politycznym, społecznym, ekonomicznym i energetycznym znajdują się pod pełną kontrolą decyzyjną premiera Viktora Orbana. Słowa Orbana są na ogół jednocześnie pozbawione poprawności politycznej, a sfera deklaratywnych postulatów jest z reguły ograniczona do minimum. Tym samym w agendzie politycznej rządu węgierskiego znajdują się przede wszystkim projekty o charakterze taktycznej, doraźnej (co nie znaczy czasowo ograniczonej) koniunktury ekonomicznej,  energetycznej czy politycznej. Świadome odchodzenie od rzeczywistego uniezależniania węgierskiej energetyki od źródeł rosyjskich podyktowane jest nie tylko konsekwentnym obstawaniem przy takiej formule polityki zagranicznej (otwarcie na Wschód, sceptycyzm wobec zdolności UE), ale także uznaniem relewantności wewnętrznych czynników gry politycznej takich jak ceny energii, poziom bezrobocia czy ochrona węgierskiej mniejszości na Ukrainie. Normatywna przestrzeń pokojowej, demokratycznej i niepodległościowej retoryki wsparcia dla Kijowa jest wypełniana przede wszystkim przez ministra spraw zagranicznych bądź pozostałych członków rządu. Między polityką zewnętrzną a wewnętrznymi reformami systemu gospodarczego zachodzi generalna zbieżność polegająca na przewadze czynników o charakterze krótkoterminowej sprawdzalności nad długofalowymi przekształceniami strukturalnymi.

Zarówno architektura instytucjonalna węgierskiego systemu politycznego jak i praktyka rządzenia przyjęta przez Viktora Orbana jasno wskazują centrum decyzyjne węgierskiej polityki ulokowane w kancelarii szefa rządu. Procesowi centralizacji decyzyjno – instytucjonalnej towarzyszy wzrost znaczenia czynników wewnętrznych nadających kształt polityce zagranicznej i energetycznej Węgier. W ten sposób istotna wartość zbliżenia atomowego i energetycznego Budapesztu z Rosją nie bierze się jedynie z nieodzowności zabezpieczenia dostaw energii na kolejne lata. Być może jeszcze ważniejszą rolę odgrywa konieczność swobodnego określania cen przez węgierskie władze, do czego przyczyni się możliwie szybkie rozbudowanie elektrowni atomowej, sprawna realizacja budowy gazociągu South Stream czy wynegocjowanie nowych, korzystniejszych warunków umowy z Gazpromem (obecna wygasa w 2015 roku). Należy bowiem pamiętać, że poprzedni gabinet Orbana kapitał poparcia społecznego zbierał przede wszystkim w oparciu o strategię obrony interesów ekonomicznych węgierskich obywateli (obniżka cen energii, wsparcie w spłacaniu kredytów zaciągniętych we frankach). Jednak w pierwszej fazie konflikt dotyczył w pierwszej kolejności spraw związanych z urzędem energetycznym i innymi wewnątrzsystemowymi przeciwnikami polityki obniżki rachunków (sądy, część opozycji; choć budził także sprzeciw niemieckich i francuskich koncernów energetycznych tracących na 20 procentowych obniżkach cen energii elektrycznej). Na obecnym etapie skutki działań władzy wykonawczej zdają się być znacznie bardziej dalekosiężne, głębsze i oddziaływujące na regionalny układ geopolityczny. Gra toczy się już o ustanawianie pewnego porządku energetycznego, a ilość podmiotów znajdujących się w tym łańcuchu jest znacznie dłuższa – Rosja, Unia Europejska, zaangażowane w plan budowy gazociągu Bułgaria, Serbia, Austria, Chorwacja, Słowenia, Grecja i Włochy. Z racji trwającego na Ukrainie konfliktu i braku pewności ciągłości dostaw energii dla Kijowa szczególnie wrażliwa pozostaje kwestia stanowiska władz węgierskich wobec ukraińskiej przyszłości oraz rosyjskich działań neoimperialnych. Dopełnieniem obrazu jest sceptycyzm z jakim premier Orban traktuje kierunek dalszego rozwoju polityki europejskiej. Węgry były obok Wielkiej Brytanii jedynym krajem głosującym przeciwko wyborowi Jean Claude Junckera na szefa Komisji Europejskiej, równocześnie decydując się na ograniczenie finansowania organizacji pozarządowych z norweskich źródeł finansowych. Oba posunięcia wynikały z przyczyn ideowych – sprzeciwu wobec pogłębiania federalizacji UE oraz dotowania lewicowych organizacji promujących wartości osłabiające tkankę społeczną narodu (emancypacja mniejszości seksualnych, ideologia gender). Za każdym razem sfera rzeczywistych decyzji politycznych jest „madziarocentryczna”, co oznacza skoncentrowanie wokół wewnętrznych wyznaczników prowadzenia skutecznej polityki mającej ułatwić także zewnętrzną operacyjność machiny państwowej. Osłabiona kryzysem UE, pozbawiona rzeczywistego wspólnotowego przywództwa, nieposiadająca zdefiniowanej strategii wyjścia z impasu gospodarczego, energetycznie nieskuteczna i podzielona zgodnie z zasadami interesów narodowych największych podmiotów, skłania władze węgierskie do przyjęcia taktyki zwiększania sprawności własnego systemu gospodarczo – energetycznego bez zważania na cenę solidarności wewnątrzunijnej, brukselskiego niezadowolenia czy wreszcie zwiększenia zależności regionu środkowoeuropejskiego od rosyjskiego państwa. Politycy Fideszu świadomi przełomowości wektora obranego przez najwyższe władze będą najprawdopodobniej poszukiwać trzech sposobów doktrynalnego uzasadniania takiej polityki.

Mniejszości i „otwarcie na wschód”

Począwszy od 1990 roku węgierską dyplomację determinowały trzy polityczne priorytety: integracja euroatlantycka, jak najlepsze stosunki z sąsiadami i ochrona licznych mniejszości węgierskich znajdujących się poza granicami ojczyzny. Spośród trzech wyznaczników skutecznej polityki ten ostatni wciąż pozostaje jednocześnie najbardziej aktualny i doktrynalnie niepodważalny, pod rządami Viktora Orbana nabierając jeszcze silniejszego, tożsamościowego znaczenia. Dotąd bowiem przyjmowano ochronę mniejszości węgierskiej jako dość standardowy pakiet prawno – instytucjonalnych gwarancji przysługujących każdej mniejszości narodowej w demokratycznym państwie prawa. Od 2010 roku władze węgierskie, wprowadzając podwójne obywatelstwo i umożliwiając rodakom mieszkającym zagranicą głosowanie w wyborach parlamentarnych, wyraźnie ustanowiły tę sprawę elementem szerszej, historycznej i tożsamościowej rekonstrukcji narodu węgierskiego. Najwyżsi przedstawiciele obozu rządzącego nie ukrywali, że wspomniane posunięcia miały wymiar przywracania pamięci Węgrom, którzy na skutek wydarzeń historycznych znaleźli się poza granicami własnej ojczyzny. W dość szybkim tempie liczba wniosków o przyznanie obywatelstwa przekroczyła 500 tysięcy, co naturalnie wpisało się w konsekwentnie tworzoną narrację przywracania społeczeństwu dumy z węgierskości. Efektywności tak prowadzonej polityki mniejszościowej nie nadwyrężały obawy części sąsiednich krajów, w których Węgrzy stanowią znaczny odsetek ludności (Słowacja, Rumunia, Serbia). Sprawa nabrała większych kontrowersji jedynie w Słowacji (głównie podnoszona przez słowacką partię nacjonalistyczną SNS) i Rumunii, gdzie była jednak wykorzystywana jako oręż w walce lewicowej opozycji przeciwko utrzymującemu bliskie stosunki z Obranem prezydentowi Basescu. Rząd w Budapeszcie zdołał przekonać przywódców wspomnianych krajów o swojej dobrej woli i przeciwdziałać oskarżeniom o próby terytorialnej dezintegracji. Jednak postulat tożsamościowej rekonstrukcji byłby pusty bez prób uatrakcyjnienia współczesnych warunków życia na Węgrzech. W obliczu ogólnoeuropejskiego kryzysu i węgierskich problemów z zadłużeniem publicznym, prywatnym, deficytem budżetowym czy bezrobociem władze uruchomiły własną, suwerenną i mocno konfliktogenną politykę naprawy finansów publicznych. Wspierając rodzimą przedsiębiorczość oraz stosując restrykcyjną politykę podatkową wobec korporacji międzynarodowych rząd Orbana dawał transparentny sygnał wsparcia węgierskim obywatelom, popadając w spór z Komisją Europejską, Bankiem Światowym, Międzynarodowym Funduszem Walutowym czy biznesowym lobby. Zabezpieczeniem i równocześnie warunkiem sine quo non podjęcia ryzykownej strategii było szerokie zaplecze medialne, eksperckie, kadrowe i instytucjonalne budowane przez Fidesz już od lat 90- tych. Kolejne wewnętrzne problemy UE, ataki czołowych przywódców na węgierskie władze (np. słynna publiczna debata w PE), druga fala kryzysu ekonomicznego, fiasko projektów energetycznych takich jak Nabucco jedynie legitymizowały generalną słuszność drogi obranej przez Orbana. To być może jest najważniejszą cechą powodzenia węgierskiej drogi – weryfikacja trafności gospodarczych i politycznych recept następuje nie poprzez falsyfikację ich prawdziwej, długofalowej i systemowej skuteczności i racjonalności, ale poprzez wywołane strukturalnymi słabościami UE i kryzysem odroczenie testu węgierskich reform gospodarczych. Tym samym wrażenie efektywności budowane może być jedynie na opozycyjności wobec błędnej, a niejednokrotnie skompromitowanej postawy zachodnich podmiotów gospodarczych, politycznych czy biznesowych. Strategia redukowania deficytu budżetowego Węgier adekwatnie prezentuje proces eksternalizacji kluczowych problemów ekonomicznych. Przywódcy Fideszu wychodząc z założenia, że czynnikiem przeważającym o powodzeniu zmniejszania deficytu budżetowego będzie wzrost wewnętrznego popytu, przetransferowali koszty redukcji na zagraniczny kapitał finansowy. Istotnie, poprawiając sytuację ekonomiczną i konsumpcyjną węgierskich obywateli (zmniejszenie podatków PIT, CIT) rząd nie zmniejszał wydatków publicznych i inwestycyjnych w pewnej mierze petryfikując niekorzystne zjawiska strukturalne węgierskiej gospodarki. Mowa tu o znacznych kosztach pracy, wysokim jej opodatkowaniu, niskiej aktywności zawodowej Węgrów i sztywnym, nieelastycznym rynku pracy. Skutkiem tego mała wydajność węgierskich pracowników przyczynia się do swoistego bezruchu zatrudnieniowego, skutkującego m. in. wysokim bezrobociem ludzi do 24 roku życia bądź niewielkim udziałem w rynku pracy najsłabiej wykwalifikowanych pracowników. Sytuację tych ostatnich pogarszało powiększenie stawki podatku VAT do pułapu 27%. Źródłem finansowania deficytu obok dodatkowych obciążeń fiskalnych dla korporacji międzynarodowych było także zwiększenie składek na ubezpieczenia społeczne dla pracodawców i pracowników. Rząd Orbana nie zdołał zwiększyć dynamiki wzrostu zatrudnienia w przedsiębiorstwach prywatnych, opierając pobudzanie aktywności zawodowej Węgrów na programach robót publicznych. Co więcej, faktyczna likwidacja II filaru systemu emerytalnego choć pomocna w zmniejszaniu zadłużenia, prowadzi do braku kumulowania oszczędności, a wobec złych trendów demograficznych może oznaczać problemy z wypłacalnością systemu emerytalnego w przyszłości. Zatem pomimo oczywistych, już odczuwalnych sukcesów polityki gospodarczej rządu Orbana takich jak spadek bezrobocia, obniżenie deficytu, niewielkiego zmniejszenia zadłużenia czy wzrostu aktywności zawodowej warto pamiętać, że fundamentem ich skuteczności jest potrzeba chwili. Ową potrzebą był imperatyw pośpiesznego ratowania finansów publicznych wobec wieloletnich zaniedbań rządów socjalistów, a także systemowych obciążeń biorących się jeszcze ze sposobu funkcjonowania gospodarek socjalistycznych (m. in. zadłużenie). Nie unieważnia to bardziej trwałych, strukturalnych wyzwań stojących przed węgierską gospodarką, które określą rozmiary jej powodzenia albo porażki w perspektywie kilkudziesięciu kolejnych lat.

Stojąc przed alternatywą czy próbować wewnętrznie przebudowywać szkielet europejskiej integracji wraz z innymi małymi i średnimi państwami, czy samodzielnie, w asyście zewnętrznych graczy spoza Europy, osiągać partykularne cele Węgry nie mają wątpliwości. W takiej sytuacji otwiera się przestrzeń między bezradną i pozbawioną jakiegokolwiek programu sanacji UE a pozornie bardziej sprawczym, łatwiej osiągającym ekonomiczne cele i mniej formalnie i socjalnie obudowanym modelem wschodniego rozwoju dużych gospodarek. Politycy Fideszu, na czele z Peterem Szijjarto odpowiedzialnym w otoczeniu Viktora Orbana za politykę „otwarcia na wschód” dostrzegają to pole doświadczalne i coraz chętniej wpisują w nie swoje działania. Ewentualne ryzyka związane z inwestowaniem we wschodnie relacje handlowe, energetyczne czy polityczne są neutralizowane madziarocentryczną retoryką dbania o interes społeczeństwa, większym prawdopodobieństwem sukcesywności przedsięwzięć pozaunijnych czy obnażaniem pozorności europejskiej solidarności. Obecny minister spraw zagranicznych Tibor Navracics otwarcie mówi o umyślnym relatywizowaniu więzi ekonomicznych z zachodnimi państwami na rzecz zwiększenia obrotów ze wschodem (z proporcji 80% do 20% na korzyść zachodu do proporcji 66% do 33%). Poczynania władz węgierskich brały się również z naglącej potrzeby znalezienia na wschodzie państw, które mogłyby finansować zadłużenie kupując węgierskie obligacje. Jednak jak dotąd Chiny czy Arabia Saudyjska nie wykazywały większego zainteresowania tego rodzaju transakcjami.

W krótkiej i średniej perspektywie poczynania te oznaczają nie tylko osłabianie integracyjnych więzi ekonomicznych i politycznych z Zachodem, ale także geopolityczne przesunięcie Węgier na południowy, bałkański obszar działania kosztem współpracy choćby z grupą wyszehradzką.  Aktywność z jaką węgierscy politycy zaczęli wspierać budowę gazociągu South Stream karze domniemywać, że oprócz ekonomizacji polityki zagranicznej (która notabene przyjęła instytucjonalną postać powołania ministerstwa spraw zagranicznych i handlu zagranicznego) sfera realnego zaangażowania węgierskich aktywów politycznych, ekonomicznych, inwestycyjnych będzie przesuwać się i wzmacniać w rejonie naddunajskim. Specyfikę strategii węgierskiej dobrze oddaje kierunek prowadzenia polityki energetycznej. Po pierwsze, wszelkie posunięcia są w tym zakresie dyktowane przez wzgląd na poszerzanie państwowej własności i kontroli nad systemem energetycznym, infrastrukturalnym, przesyłowym i wytwórczym zaopatrującym węgierską gospodarkę w energię. Wiąże się to z neutralizowaniem wpływów zagranicznych firm (głównie niemieckich i francuskich) mających dotąd spore udziały w takich kluczowych koncernach na Węgrzech jak MOL czy MVM, kontrolujących sieć dystrybucji czy magazynowanie zapasów nośników energii. Tak wyznaczona ścieżka przekształceń nie bierze się tylko z wcześniej wspomnianej chęci swobodnego ustalania poziomu cen, ale ze zdyskontowania geograficznych i tranzytowych możliwości węgierskiego rynku energetycznego. Ambicja stania się regionalnym hubem gazowym jest w tym wypadku naturalna i podyktowana tak wysokim potencjałem gromadzenia zasobów w magazynach (ponad 6 mld m sześciennych) jak i geograficznym położeniem w środku kontynentu, na przecięciu wszystkich ważniejszych połączeń gazowych odprowadzanych z rejony południa Europy, Kaukazu czy wreszcie Rosji. Przewaga zagranicznej własności mogłaby rodzić w tym przypadku przeszkody w sukcesywnym osiąganiu statusu regionalnego prymusa gazowego. Po drugie, procesy odbudowywania państwowej własności w dziedzinie energetycznej łączą się z poszukiwaniem źródeł ich finansowania na wschodzie. Odkupienie spółek od niemieckiej firmy E.ON odbyło się m. in. dzięki kredytom zaciągniętym w Bank of China. Jeszcze bardziej spektakularna okazała się współpraca węgiersko – rosyjska przy rozbudowie elektrowni atomowej w Paks. Niezwykle ważna dla przyszłego stanu energetycznego bezpieczeństwa Węgier kwestia rozbudowy siłowni atomowej przy użyciu kapitału Rosatomu jest elementem związania strategicznego obszaru działalności państwa z planami rosyjskich koncernów. O trwałości tego sojuszu może świadczyć nie tylko wrażliwość tej części gospodarki jaką jest energetyka czy długoterminowość konsekwencji atomowego zbliżenia, ale także przywiązanie węgierskich władz do stworzenia gazociągu South Stream.

Wyraźna jest zatem tendencja do rezygnacji z dywersyfikowania dostawców energii na rzecz zgromadzenia możliwie najszerszego pakietu kontrolnego nad podmiotami odpowiedzialnymi za dystrybucję nośników energii. Niebezpieczeństwo takiego rozwoju wydarzeń w dłuższej perspektywie czasowej może polegać na wieloletnim uzależnieniu sektora energetycznego Węgier od Rosji, pogorszeniu przyszłych pozycji negocjacyjnych Budapesztu (przede wszystkim w relacjach z Moskwą w kolejnych rundach negocjacyjnych) czy wreszcie zmonopolizowaniu przez wewnątrzapaństwowego potentata sieci energetycznej kraju. Całość tych działań w razie realizacji niefortunnego scenariusza jakim mogą być problemy finansowe energetycznego potentata grozi obciążeniem ewentualnymi kosztami końcowych odbiorców energii. Ponadto polityka ta dość mocno zawęża pole politycznej inicjatywy Budapesztu, wymuszając już teraz na rządzących pewną niejednoznaczność w stanowisku wobec rosyjskiej agresji na Ukrainie. Wreszcie, choć postawa rządu węgierskiego wpisuje się w antagonistyczne relacje z instytucjami UE, znajduje przychylność wśród innych, równie zainteresowanych gazociągiem państw regionu. Niewątpliwie sfinalizowanie inwestycji Gazpromu przyczyni się do ograniczenia potencjału ewentualnych planów dywersyfikacji w przyszłości, budując kolejne środki politycznego wpływu państwa rosyjskiego.

Naddunajski środek ciężkości i sprawa ukraińska

Wraz z zacieśnianiem strategicznego partnerstwa z Rosją Węgry będą kłaść większy nacisk na rozwój inicjatywy UE dla regionu Dunaju (EUSDR), szczególnie na poziomie współpracy energetycznej. EUSDR od początku objęcia władzy przez Fidesz w 2010 roku był wskazywany jako jeden z najważniejszych instrumentów prowadzenia polityki europejskiej. Liczne więzi gospodarcze, kulturowe, społeczne, transportowe między państwami znajdującymi się w regionie Dunaju sprawiają, że dla Budapesztu jest to naturalnie miejsce aktywności politycznej, wzmacniającej program rządu Orbana. Takie podejście znajdowało wyraz w priorytetowym potraktowaniu kwestii przyjęcia przez UE strategii w trakcie węgierskiej prezydencji w Radzie UE w 2011 roku. W projekt zaangażowane są takie państwa UE jak Austria, Bułgaria, Czechy, Niemcy, Słowacja, Słowenia, Rumunia oraz kraje Bałkanów Zachodnich, a więc rejonu od dawna stanowiącego obszar zainteresowania węgierskiej polityki. Znaczenie regionu będzie korelować ze zwiększaniem zainteresowania krajów tej części Europy budową gazociągu South Stream. W kwietniu do inwestycji Gazpromu przyłączyła się Austria, obok Rumunii pomysłodawczyni EUSDR. Także obecnie, gdy Komisja Europejska próbuje wstrzymać realizację projektu (na odcinku bułgarskim, z powodu niezgodności z unijnymi przepisami antymonopolowymi) Węgry decydują się na zbliżenie z Serbią i Bułgarią, deklarując powołanie Danube Energy Initiative promującej plany Gazpromu. Zauważalne jest pragnienie wykorzystania programu EUSDR w relacjach z państwami spoza UE, co może postępować szczególnie na odcinku budowania bliskich więzi Węgier z Serbią. Ponadto zaawansowany rozwój współpracy gospodarczej Węgier z Niemcami i takimi krajami związkowymi jak Bawaria i Badenia – Wirtembergia będzie jedynie potęgował zainteresowanie tego rodzaju unijną współpracą. Strategia dunajska może również stanowić integralny punkt w ważnym dla Orbana segmencie wyrównywania różnić rozwojowych między zachodnią częścią kraju a biedniejszymi ziemiami na wschodzie Węgier. Z tych względów można spodziewać się przesuwania i utrwalania środka ciężkości węgierskiej polityki europejskiej właśnie w przestrzeni naddunajskiej.

 Z kolei relacje węgiersko – ukraińskie pozostają zdominowane przez wzgląd polityków węgierskich na ochronę około 200 tysięcznej mniejszości zamieszkującej Obwód Zakarpacki. Zarówno premier jak i minister spraw zagranicznych  Navracics przy każdej okazji dotyczącej rozwoju wyjątkowej sytuacji na Ukrainie podkreślają niezbędność ustawowego zagwarantowania swobodnej, samorządnej działalności ukraińskim Węgrom. Jednak to na poziomie stosunku Budapesztu do sytuacji na Ukrainie zarysował się zauważalny już wcześniej dualizm polityki zagranicznej. Z jednej strony bowiem poprzedni minister spraw zagranicznych Janos Martonyi jak i jego obecny następca akcentowali poparcie dla demokratycznej, niepodległej i praworządnej Ukrainy. Jednakże sam szef rządu z większą rezerwą odnosił się do rewolucyjnych zmian za wschodnią granicę, od początku monitorując sytuację Węgrów na Zakarpaciu. Energetyczna pomoc polegająca na uruchomienie gazowego rewersu na linii Węgry – Ukraina była czytelnym sygnałem wsparcia dla nowego rządu w Kijowie. Mimo to Orban sprzeciwił się wprowadzeniu przez UE trzeciego stopnia sankcji ekonomicznych wobec Rosji, dalej prowadząc pertraktacje dotyczące szczegółowych warunków inwestycji Rosatomu. Co więcej, rząd aprobował kupno 3 rosyjskich helikopterów Mi-8T tuż przed wyborami parlamentarnymi w kwietniu. Poparcie dla integralności terytorialnej Ukrainy i wyrazy dezaprobaty dla pomysłów federalizacji tego państwa spotkały się z wprowadzeniem przez Rosję embarga na węgierskie mięso i wędliny. Nie rozstrzyga to jednak niejasności związanych ze stanowiskiem rządu Orbana, a przede wszystkim samego premiera w sprawie oceny rosyjskiej agresji na Ukrainie. Znamienna okazała się reakcja szefa Fideszu na zestrzelenie samolotu malezyjskich linii lotniczych – Orban w krótkim fragmencie wywiadu udzielonego radiostacji Kossuth dotyczącym tego wydarzenia unikał wskazywania na winę strony rosyjskiej, używają jednocześnie wieloznacznych sformułowań wskazujących na to, że militarne starcia prowadzić będą do zabijania wielu ludzi.

Podsumowanie

W polityce węgierskiej z coraz większą siłą ujawnia się logika działania zgodnie z interesem narodowym, którego realizacja ma przynieść szybkie oraz odczuwalne rezultaty w dającym się przewidzieć czasie. Sprawy związane z głębszą przebudową systemową i strukturalną zostają odłożone bądź zastąpione przez ruchy o charakterze bardziej doraźnym. W zakresie polityki gospodarczej, rynku pracy, zatrudnienia czy bezpieczeństwa energetycznego jest to podyktowane tyleż obiektywnymi okolicznościami złego stanu wyjściowego gospodarki, zbliżającymi się terminami zakończenia kontraktów gazowych i wynikającą z tego koniecznością zdecydowanych poczynań, ile kalkulacją politycznych korzyści szerokiego programu wspierania węgierskiej klasy średniej. W polityce zagranicznej tradycyjne priorytety powoli zostają wypierane przez obronę i przywrócenie mniejszościom węgierskim świadomości narodowej i ich samorządności, zacieśnianie współpracy z szeroko pojętym wschodem czy koncentrację uwagi nad regionem naddunajskim. Weryfikacja realnej skuteczności przebudowy państwa będzie się dokonywać nie na poziomie zręczności legislacyjnych zmian systemu władzy a adekwatności aktualnych recept i odporności węgierskiego państwa, ekonomii i społeczeństwa na zagrożenia energetyczne, militarne, finansowe czy demograficzne w kolejnych latach. Wszak powodzenie w rywalizacji politycznej, konsolidowaniu władzy czy poprawianiu bieżących wskaźników makroekonomicznych powinno stanowić wstępny krok na drodze do budowy sprawnego państwa w przyszłości.

Bartosz Światłowski

Gazowy list Putina

Prezydent Rosji Władimir Putin wystosował do przedstawicieli  osiemnastu krajów Unii Europejskiej, w tym także Polski, list w którym ostrzegł, że rosyjsko-ukraiński konflikt gazowy może mieć negatywne konsekwencje dla dostaw tego surowca do krajów unijnych i wezwał do przeprowadzenia natychmiastowych konsultacji w celu ustabilizowania gospodarki Ukrainy oraz "zapewnienia dostaw i tranzytu" gazu.

W liście do przywódców państw unijnych, Władimir Putin podkreślił trudną sytuację ekonomiczną na Ukrainie, powstałą w wyniku skumulowania przez ten kraj ogromnego długu za gaz sprowadzany z Rosji. Na dzień 9 kwietnia dług ukraińskiego Naftohazu wobec Gazpromu wynosił 2,238 mld USD. Ponadto, ostrzegł, że rosyjski Gazprom może być zmuszony do zastosowania systemu przedpłat w handlu gazem z Ukrainą, a nawet, w przypadku naruszenia warunków płatności całkowicie lub częściowo przerwać dostawy gazu. Oznaczałoby to, że Ukraina otrzymywałaby tyle surowca za ile zapłaciła z miesięcznym wyprzedzeniem. Podkreślił jednocześnie, że w celu zagwarantowania niezakłóconego tranzytu gazu do krajów Unii Europejskiej już w najbliższym czasie trzeba przystąpić do tłoczenia do podziemnych magazynów na Ukrainie 11,5 mld metrów sześciennych surowca, co będzie kosztowało Kijów około 5 mld USD. Putin w wystosowanym liście ocenił także, że Ukraina stoi w obliczu bankructwa, zatrzymania przemysłu i ogromnego bezrobocia. Współodpowiedzialnością za krytyczny stan ukraińskiej gospodarki obarczył Unię Europejską, gdyż jego zdaniem kryzys ten w dużej mierze spowodowany jest nierównowagą w handlu z krajami UE, co wpływa "ostro negatywnie" na wywiązywanie się przez Ukrainę z kontraktowych zobowiązań za dostawy rosyjskiego gazu. Prezydent Putin zadeklarował również, że Rosja jest gotowa uczestniczyć w stabilizowaniu i odbudowie gospodarki Ukrainy. Miałoby się to jednak realizować nie w pojedynkę, poprzez przyznawanie zniżek na gaz i darowanie długów, ale razem z europejskimi partnerami na parytetowych zasadach. Prezydent Rosji zaproponował także, by konsultacje odbyły się na szczeblu ministrów gospodarki, finansów i energetyki w formacie Europa – Rosja - Ukraina, tak by szybko i sprawnie zapewnić dostawy i tranzyt gazu. Zdaniem ekspertów, Rosja próbuje w ten sposób zracjonalizować swoje działania i wciągnąć w konflikt kraje europejskie poprzez próbę obciążenia ich współodpowiedzialnością za zaistniałą sytuację na Ukrainie. 

Z kolei ukraińska państwowa spółka paliwowa Naftohaz wstrzymała pobieranie rosyjskiego gazu i zawiesiła opłaty dla Rosji za dostarczany gaz do czasu zakończenia negocjacji w sprawie dostaw tego surowca. Prezes Gazpromu Aleksiej Miller poinformował, że cena gazu dla Ukrainy od kwietnia 2014 roku wyniesie 485,5 USD za 1000 metrów sześciennych. Wcześniej natomiast premier Rosji Dmitrij Miedwiediew uchylił rozporządzenie rządu Federacji Rosyjskiej z kwietnia 2010 roku, na mocy którego obniżone zostało cło eksportowe na gaz ziemny przy dostawach na Ukrainę o 100 USD czyli do zera. W odpowiedzi na decyzję Gazpromu o podniesieniu ceny gazu dla Ukrainy (co jest już drugą podwyżką w ciągu ostatnich dni, gdyż 1 kwietnia Miller ogłosił, że od drugiego kwartału 2014 roku cena gazu dla Ukrainy została podwyższona z 268,5 USD do 385,5 USD), strona ukraińska zaproponowała powrót do ustaleń z 2013 roku, gdyż jej zdaniem nie ma podstaw do ich zmiany, a cena wynosząca prawie 500 USD jest uważana za nierynkową, nieusprawiedliwioną i nie do zaakceptowania przez stronę ukraińską. Jest to najwyższa stawka za gaz spośród wszystkich klientów Gazpromu. Średnia cena tego surowca dla odbiorców z Unii Europejskiej wynosi około 370 USD za 1000 metrów sześciennych. Swoją decyzję szef Gazpromu uzasadnił tym, że jest to konsekwencja niewywiązania się przez stronę ukraińską z obietnicy uregulowania długu za surowiec odebrany w 2013 roku, nieopłacania w 100% bieżących dostaw i kumulacji zadłużenia za otrzymany gaz. Z kolei cofnięta przez Miedwiediewa zniżka na gaz dla Ukrainy była elementem jednego z porozumień o stacjonowaniu Floty Czarnomorskiej Rosji na Krymie, które Moskwa wypowiedziała po zaanektowaniu półwyspu.

W reakcji na ukraińsko – rosyjski konflikt gazowy i wynikające z tego możliwe zakłócenia w dostawie tego surowca do krajów Unii Europejskiej, 8 kwietnia odbyło się spotkanie grupy koordynacyjnej ds. gazu (złożonej z ekspertów z krajów UE i organizacji europejskich), a także spotkanie tzw. okrągłego stołu z udziałem przemysłu, poświęcone bezpieczeństwu dostaw gazu do państw UE. W spotkaniu uczestniczyła również Ukraina, jako kraj tranzytowy dla dostaw rosyjskiego gazu. Obu gremiom przewodniczył komisarz ds. energii Guenther Oettinger. Jak wynika z oświadczenia Komisji Europejskiej, celem spotkań było podsumowanie sytuacji związanej z dostawami gazu w krajach członkowskich oraz "przedyskutowanie możliwych środków na rzecz zagwarantowania bezpieczeństwa dostaw gazu w skoordynowany sposób, w krótkim i średnim okresie". Przeprowadzenie dogłębnej analizy bezpieczeństwa energetycznego UE oraz sporządzenie planu zmniejszenia zależności energetycznej Unii zostało zlecone Komisji Europejskiej już na marcowym szczycie UE. Plan ma zostać opracowany przez Komisję Europejską do czerwca 2014 r. Źródła unijne podkreślają, że mimo iż nie odnotowano obecnie żadnych zakłóceń przesyłu rosyjskiego gazu do UE przez terytorium Ukrainy, a Rosja nie sygnalizowała takiej możliwości w ramach mechanizmu wczesnego ostrzegania, to "wszyscy pozostają w gotowości". Ponadto, UE ma "bardzo komfortowe" zapasy tego surowca, oscylujące w granicach 36 mld metrów sześciennych. Jednakże zdaniem analityków plany uniezależnienia się Europy się od dostaw gazowych z Rosji nie brzmią zbyt realistycznie w sytuacji, gdy współpraca z rosyjskimi koncernami kwitnie. Według danych przedstawionych przez Gazprom do całej Europy zostało wyeksportowane 43 mld metrów sześciennych gazu, co oznacza "niewielki wzrost". Rekordowy wzrost importu odnotowała Wielka Brytania, która kupiła od Rosji 4,4 mld metrów sześciennych tego surowca, co stanowi 30% więcej niż w pierwszym kwartale ubiegłego roku.

Jednocześnie trwają zabiegi komisarza Oettingera o porozumienie między Ukrainą a Słowacją w sprawie tzw. zwrotnego przepływu gazu, dzięki któremu Ukraina mogłaby otrzymać do 8 mld metrów sześciennych gazu rocznie z kierunku zachodniego. Premier Słowacji, Robert Fico zapewnił, że Słowacja jest gotowa pomóc Ukrainie, domaga się jednak gwarancji finansowych ze strony Unii Europejskiej. Ukraina nie jest bowiem w stanie samodzielnie zapłacić swoich rachunków. Ponadto, Słowacja musi poszukiwać rozwiązania technicznego, które nie naruszyłoby jej własnej umowy z rosyjskim Gazpromem. Życzyłaby sobie również negocjacji czterostronnych, z udziałem Ukrainy, UE i Rosji.

Swoje stanowisko w sprawie ewentualnej pomocy dla Ukrainy wyraziły także Węgry, które oświadczyły, że gotowe są "w razie potrzeby w każdej chwili" rozpocząć dostawy gazu ziemnego na Ukrainę. Według przedstawiciela węgierskiego operatora sieci gazowej, Węgry mogłyby wysyłać na Ukrainę dziennie około 17 mln metrów sześciennych gazu. Przeprowadzone analizy pokazują jednak, że jeśli Gazprom zdecydowałby się  wstrzymać dostawy gazu na Ukrainę, pomoc ze strony państw UE nie wystarczy, bo ani eksport z krajów Unii, ani wykorzystanie zapasów w magazynach i zwiększenie wydobycia nie zaspokoją ukraińskiego zapotrzebowania na ten surowiec. Ukraina zużywa rocznie ok. 50 mld metrów sześciennych gazu. Ponad 60% pochodzi z importu, a praktycznie jedynym dostawcą jest Gazprom (od którego firmy ukraińskie kupiły w 2013 r. ok. 26 mld metrów sześciennych surowca). Niewielką rolę (2,1 mld metrów sześciennych) odgrywa import od niemieckiego dostawcy RWE Supply&Trading przez tzw. połączenia rewersowe z Polską i Węgrami. Produkcja własna w 2013 r. wyniosła 20,4 mld metrów sześciennych.

Bieżące wydarzenia pokazują, że Rosja kontroluje narrację dotyczącą Ukrainy i uzyskuje swój cel. Kraje Europy Zachodniej działają "czysto reaktywnie". Eksperci wskazują na dwa możliwe scenariusze przebiegu wydarzeń, stanowiące odpowiedź na list Putina. Pierwszym z nich jest podjęcie rozmów z Moskwą, co dla Rosjan mogłoby oznaczać przyznanie im racji i wzięcie przez UE współodpowiedzialności za niestabilność na Ukrainie. Konsekwencją byłoby przedstawienie przez Rosjan konkretnych rozwiązań, sprzyjających ich dalszej dominacji w regionie. Stanowiłoby to jednocześnie potężną klęskę wizerunkową Unii Europejskiej i Zachodu. Drugi możliwy scenariusz to odrzucenie propozycji Rosji, co wiązałoby się z kolei z możliwością wprowadzenia przez Rosję ograniczeń przesyłu gazu i obarczenie winą Europy za taki rozwój wypadków.

Konkluzje

Konflikt na Ukrainie po raz kolejny bardzo wyraźnie pokazał problem zależności Europy od rosyjskiego gazu. Zależność ta póki co jest nieunikniona. Długoterminowe prognozy wskazują, że do 2035 r. w Europie powinno pojawić się nieco rodzimego gazu z łupków, oraz wzrost LNG, lecz jednocześnie będzie więcej gazu importowanego z Rosji. Według BP w 2035 r. połowa zużywanego w Europie gazu będzie sprowadzana gazociągami, podczas gdy dziś jest to ok. 40%. Alternatywą dla gazu importowanego z Rosji jest przede wszystkim Algieria i Iran. Jednak Algieria już dostarcza duże ilości tego surowca i może pojawić się problem z szybkim zwiększeniem tych dostaw. Z kolei Iran to raczej kwestia dalszej przyszłości, głównie z powodów politycznych. Jednak niewykluczone, że i tu pojawi się rozwiązanie, gdyż kraj ten ma jedne z największych zasobów gazu, a Europa jest dla niego rynkiem zbytu. Tak więc jeśli Europa będzie chciała uniezależnić się od dostaw gazu z Rosji, będzie musiała zbliżyć się do innych krajów, np. do Iranu.

Obecnie, dla Ukrainy najważniejsza jest pomoc finansowa, bez niej Kijów nie będzie mógł spłacić bieżących rachunków za gaz, uregulować długu wobec Gazpromu ani zreformować i zmodernizować sektora energetycznego. Nierozliczenie należności grozi wstrzymaniem dostaw gazu z Rosji, a przez Ukrainę biegnie główny szlak tranzytowy rosyjskiego gazu (82 ze 155 mld metrów sześciennych w 2013 r.), dlatego też stawką w tym przypadku jest bezpieczeństwo energetyczne całej UE.

Magdalena Soja

Unia energetyczna

Na początku kwietnia premier Donald Tusk przestawił projekt utworzenia unii energetycznej, która pozwoliłaby na uniezależnienie państw członkowskich UE od dostaw gazu z Rosji. Ofensywa dyplomatyczna Polski ma na celu przekonanie jak największej liczby państw do tego projektu. 

Zasadniczym celem proponowanej przez rząd polski idei powołania unii energetycznej jest zmniejszenie uzależnienia Unii Europejskiej od dostaw rosyjskiego gazu i wzmocnienie w ten sposób słabnącej Europy. Jednym z powodów przygotowania dokumentu był narastający kryzys ukraińsko-rosyjski, którego skutki mogą po raz kolejny dotknąć państw członkowskich Unii Europejskiej. Polski rząd proponuje więc stworzenie scentralizowanego, wspólnotowego mechanizmu zakupu gazu z Rosji, a także mechanizmu solidarnościowego na wypadek pojawienia się sytuacji kryzysowych. W dokumencie zwraca się uwagę na fakt, że gaz rosyjski sprzedawany kontrahentom w naszym regionie w kontraktach dwustronnych jest średnio o 10-15% droższy niż gaz dla zachodniej Europy. Według autorów tekstu, podstawowym instrumentem zapewniającym bezpieczeństwo dostaw tego surowca powinien być dobrze funkcjonujący rynek, zaś skutecznym rozwiązaniem w przypadku zakłóceń w dostawach powinien być optymalny poziom konkurencji i płynności obrotu oraz niski poziom koncentracji przedsiębiorstw. Obecnie powstanie takiego rynku uniemożliwia fragmentaryzacja rynków krajowych, nierównomierny rozwój rynkowych mechanizmów obrotu oraz brak kluczowej infrastruktury umożliwiającej realną integrację rynku. Zdaniem polskiego rządu, proponowana unia energetyczna powinna opierać się na kilku podstawowych założeniach.

Pierwszy filar – infrastruktura energetyczna

Polska w tym względzie nalega na przyznanie najwyższego priorytetu energetycznym Projektom Wspólnego Zainteresowania (PCI), zwiększenia środków przeznaczonych na te projekty w unijnym budżecie oraz zwiększenia unijnego finansowania do 75% na niezbędne inwestycje w krajach najbardziej uzależnionych od rosyjskiego gazu dostarczanego przez Gazprom.

Drugi filar - mechanizmy solidarnościowe

Według autorów projektu, w sytuacjach kryzysowych UE powinna wykorzystywać swoją skumulowaną siłę oddziaływania, by zapobiegać i reagować w sposób adekwatny do potencjalnych scenariuszy zakłócenia dostaw gazu. Ponadto, w sytuacji kryzysowej powinny zadziałać tzw. mechanizmy solidarnościowe i żadne państwo członkowskie nie powinno być pozostawione samo sobie. Oznaczałoby to jednocześnie konieczność znowelizowania tzw. rozporządzenia SOS (Security of Supply), które mówi o bezpieczeństwie dostaw energii i tworzy instrumenty, mające ograniczać skutki przerw w dostawach surowca w przyszłości.

Trzeci filar - zwiększenie siły przetargowej państw członkowskich i UE wobec dostawców zewnętrznych.

Wspomniana już fragmentaryzacja rynków krajowych, niekorzystnie wpływa na rozwój wewnętrznego rynku energii, a w konsekwencji prowadzi do istotnego zmniejszenia siły przetargowej poszczególnych państw członkowskich UE. Stąd też autorzy tekstu proponują, by rola umów międzyrządowych była stopniowo redukowana do nieodzownych kwestii oraz by zapewniony był odpowiedni poziom przejrzystości. Wymienione są także klauzule, które ich zdaniem powinny być zakazane zarówno w umowach dwustronnych, jak i w kontraktach między firmami, należą do nich: klauzula take or pay, która zmusza do płacenia za zakontraktowaną ilość gazu niezależnie od tego, czy został odebrany; zakaz reeksportu; powiązanie cen gazu z cenami ropy czy ustanawianie punktów odbioru gazu wewnątrz UE, zamiast na granicy.

Czwarty filar - rozwój rodzimych źródeł energii w UE

Biorąc pod uwagę koszty, jakie UE ponosi za importowanie ropy i gazu (w 2012 roku ponad 400 mld euro, co stanowi ok. 3,1% jej PKB), rozwój wykorzystania rodzimych źródeł energii powinien być traktowany jako inwestycja, która pobudzi gospodarkę. Polski rząd proponuje więc wykorzystanie istniejących zasobów paliw kopalnych UE, w tym węgla i gazu łupkowego. Mowa tutaj także o przyznaniu darmowej puli uprawnień do emisji CO2 elektrowniom węglowym zapewniającym 15% mocy krajowej bądź o wsparciu finansowym dla technologii składowania CO2 pod ziemią (CCS). Takie rozwiązanie nie daje jednak żadnych gwarancji, że spalany węgiel będzie pochodził w większości z Polski, a nie Rosji czy USA. Zdaniem premiera Tuska, Europa zaczyna dzisiaj rozumieć, że kwestie klimatyczne czy ochrony środowiska nie mogą zakłócać efektywności gospodarczej, a źródłem jej konkurencyjności musi być także niska cena energii. W projekcie bardzo mało miejsca poświęcono energetyce odnawialnej, do której Niemcy przywiązują ogromną wagę. Zdaniem premiera Donalda Tuska, przyjęcie przez Polskę rozwiązań niemieckich, spowodowałoby, że już w przyszłym roku nasz kraj musiałby dopłacić do odnawialnej energii 12 miliardów złotych. Ponadto, w dłuższej perspektywie takie rozwiązania mogłoby być zabójcze dla polskiej gospodarki.

Piąty filar - dywersyfikacja dostaw energii do UE 

Zdaniem autorów projektu, lepsza infrastruktura energetyczna w UE i bardziej zintegrowany wspólny rynek energii, pozwolą skutecznie przyciągnąć alternatywnych dostawców zewnętrznych. Chodzi tutaj m.in. o przyciągnięcie dostawców gazu łupkowego w USA, czy Australii. Donald Tusk podkreślił, że Rosja próbuje obecnie dzielić Europę, zawierając różne umowy energetyczne z różnymi państwami. Jego zdaniem 10 państw Unii Europejskiej kupuje ponad połowę gazu ziemnego od rosyjskiego Gazpromu.

Szósty filar - wzmocnienie Wspólnoty Energetycznej poprzez zapewnienie bezpieczeństwa sąsiadom Unii.

Ten filar bazuje na założeniu, że droga do bezpieczeństwa energetycznego Unii Europejskiej prowadzi przez stabilne i bezpieczne sąsiedztwo. Bezpieczni sąsiedzi to bezpieczniejsza UE.

 

Zdaniem ekspertów, utworzenie unii energetycznej miałoby postępować stopniowo. Początkowo byłyby to wspólne unijne kontrakty dotyczące np. 10% rosyjskiego gazu sprowadzanego do państw członkowskich, a następnie ich znaczenie stopniowo zwiększałoby się, by sięgnąć 90 lub nawet 100% dostaw. Okres przejściowy byłby również potrzebny po to, by wygasły obowiązujące obecnie długoterminowe umowy, jakie odbiorcy w poszczególnych krajach unijnych mają z Gazpromem. Oznacza to, że ewentualne uruchomienie mechanizmu wspólnych zakupów wymagać będzie nawet kilkunastu lat.

Pierwszą okazją do wyrażenia swojego stanowiska przez państwa członkowskie na temat idei utworzenia unii energetycznej był Szczyt Energetyczny „29 plus 1”, który odbył się pod koniec kwietnia w Bukareszcie. Central Europe Energy Partners (CEEP) to stowarzyszenie zrzeszające największe przedsiębiorstwa i organizacje energetyczne Europy Centralnej, które współpracują z Unią Europejską. Tematem przewodnim spotkania były ceny i koszty energii w Europie oraz kwestie związane z bezpieczeństwem dostaw nośników energii. Dyskutowano również na temat polskiego projektu. Niechętnie do tej koncepcji odnoszą się kraje zainteresowanie budową nowego gazociągu South Stream, przez który miałby płynąć  gaz z Rosji, a który ma przebiegać przez terytorium Bułgarii, Węgier, Austrii, Grecji czy Włoch. Ponadto, opór wobec polskiego projektu można dostrzec także po stronie części państw unijnych, których kontakty z Rosją są dobre i które nie widzą potrzeby sprowadzania surowców z tak odległych rynków jak USA czy Australia, szczególnie, że wiązałoby się to z ponoszeniem większych kosztów. Kolejną wątpliwość wobec polskiej inicjatywy budzi fakt, że stworzenie monopolu zakupowego, byłoby wbrew zasadom wolnego rynku, które obowiązują w UE i doprowadziłoby do uśredniania kosztów, co z kolei rozmija się z interesami dużych przedsiębiorstw. Warto zauważyć, że część pozostałych postulowanych rozwiązań już funkcjonuje, czego przykładem jest choćby rozporządzenie SOS z 2010 r. 

Od czasu przedstawienia projektu powołania unii energetycznej, premier Donald Tusk prowadzi w tej sprawie konsultacje z szefami państw członkowskich UE i unijnych instytucji. Do tej pory swoje zdanie wyrazili m.in. Łotwa, Francja, Niemcy, Włochy, Hiszpania, Portugalia, Węgry, Luksemburg oraz szef Rady Europejskiej Herman Van Rompuy, komisarz UE ds. energii Oettinger i szef Komisji Europejskiej Jose Manuel Barroso. Zwolennikami polskiej inicjatywy są także czołowi kandydaci odpowiednio chadecji i socjaldemokracji na nowego szefa Komisji Europejskiej - Jean-Claude Juncker i Martin Schulz. Ich zdaniem zmniejszenie uzależnienia od Rosji jest koniecznością, a połączenie sił poszczególnych krajów unijnych wzmocniłoby pozycję negocjacyjną UE. Również zdaniem premiera Hiszpanii Mariano Rajoya wzmocnienie bezpieczeństwa energetycznego krajów członkowskich powinno być jednym z unijnych priorytetów. Swoje poparcie dla polskiej inicjatywy wyraził także premier Rumunii Victor Ponta oraz prezydent Francji François Hollande. Jednak poparcie Francji, która właściwie nie jest uzależniona od rosyjskich surowców energetycznych wydaje się być mało znaczące. Z kolei komisarz UE ds. energii Guenther Oettinger odpowiedział, że nie zgodzi się na polityczną decyzję ujednolicenia cen gazu w Unii Europejskiej, gdyż jego zdaniem gaz jest produktem, a nie bronią polityczną. Przyznał, że Gazprom nadużywa swojej pozycji na rynku i stosuje monopolistyczne praktyki, jednak należy temu przeciwdziałać poprzez ustanowienie zdrowej konkurencji i położenie nacisku na rozwój infrastruktury i ułatwienia w transporcie gazu, co spowoduje uregulowanie cen i uniemożliwi Rosji rozgrywanie poszczególnych krajów. Podkreślił ponadto, że w sporze pomiędzy Rosją i Ukrainą o dostawy gazu nadal zamierza odgrywać rolę mediatora. Komisarz zapowiedział, że na szczycie UE w czerwcu br. przedłoży unijnym szefom państw i rządów plan wyraźnego zwiększenia rezerw gazu. Niewątpliwie jednak decydujące zdanie w tej kwestii będą miały Niemcy. Angela Merkel stwierdziła co prawda, że plany Tuska idą w dobrym kierunku, jednak plan wymaga jeszcze dopracowania. Dodała ponadto, że prywatnym firmom nic nie może nakazać, a stworzenie monopolu zakupowego doprowadziłoby do wspomnianego wyżej uśredniania kosztów. 

 

WNIOSKI

Propozycja utworzenia unii energetycznej budzi kontrowersje zarówno wśród państw członkowskich jak i wśród europejskich firm gazowych, które są zainteresowane jak największą swobodą w konstruowaniu umów, nie zaś uśrednianiem cen surowca. Ponadto, większość propozycji, na których ma bazować unia energetyczna, już funkcjonuje wśród państw członkowskich. Nowością są jedynie wspólne zakupy gazu, co budzi największy sprzeciw. Problem stanowi również fakt, że państwa członkowskie skupiają się na własnym interesie narodowym i ich dwustronnych relacjach z Rosją niż na wzajemnych stosunkach wewnątrz Unii. Według wielu analityków, wobec nikłych szans na powodzenie utworzenia unii energetycznej, polski rząd powinien skupić się raczej na krajowej strategii energetycznej, która zakładałaby wykorzystanie węgla w elektroenergetyce i wzrost wydobycia gazu, by ograniczyć jego import.

Magdalena Soja

Wybory na Węgrzech: Fidesz bierze wszystko

 „Z należyta pokorą i godnością możemy powiedzieć, że wszystkie wątpliwości i niepewności zostały rozwiane: wygraliśmy” – powiedział tuż po ogłoszeniu wstępnych wyników wyborów do parlamentu węgierskiego premier Viktor Orbán. Co ważne, prawdopodobnie po raz kolejny z większością, która pozwoli przeprowadzić zmiany w konstytucji oraz ustawach kardynalnych.

 

Pierwsze wyniki opublikowane przez agencje informacyjne na całym świecie (sondaż powyborczy ex-post według Nézőpont Intézet) wskazywały na nieco wyższe zwycięstwo koalicji rządowej,  w której Fidesz-KDNP miało uzyskać 48% poparcia wobec 27% Wspólnoty (w Polsce używane jest również zamiennie tłumaczenie: Jedność, bądź Zjednoczenie), 18% Jobbiku i 6% poparcia dla LMP (Polityka Może Być Inna). Ostatecznie wszystko wskazuje na to (dane zawarte w tej analizie cytowane według oficjalnych informacji Krajowego Biura Wyborczego po przeliczeniu 98,97% głosów ze względu na spływające głosy spoza kraju), że Fidesz uzyska 133 miejsca w parlamencie dzięki wynikowi 44,54% głosów, centrolewicowy Blok Wspólnota 38 mandaty, skrajnie prawicowy Jobbik 23, a LMP zaledwie 5. Głosy obywateli niezdecydowanych, których wedle szacunków było około 20-30 procent, zostały zagospodarowane przez trzy główne partie, jednak najwięcej z nich zyskał Fidesz, dzięki bardzo aktywnej kampanii, szczególnie w ostatniej jej fazie. Krótka eksploracja powyborczych rezultatów przynosi interesujące rozstrzygnięcia: stosunku poparcia względem otrzymanych miejsc w parlamencie w porównaniu do elekcji w 2010 roku, podziału mandatów w Budapeszcie, czy zaciętej walki o drugie miejsce pomiędzy Zjednoczeniem a Jobbikiem.

Nowe prawo wyborcze, które zostało uchwalone 23 grudnia 2011 roku (weszło w życie 1 stycznia 2012 r.) wprowadziło szerzeg  zmian, w tym między innymi ograniczyło liczbę posłów z 386 do 199, oraz przyniosło zmianę sposobu ich wyboru. System wyborczy, podobnie jak poprzednio, pozostał mieszany - jednak teraz obywatele po raz pierwszy głosowali w 106 jednomandatowych okręgach wyborczych, zaś z listy krajowej przydzielone zostały 93 mandaty. Wyznaczono inny zakres terytorialny okręgów wyborczych, by ograniczyć dotychczasowe dysproporcje. Rozbieżność ludnościowa pomiędzy okręgami może więc obecnie wynosić maksymalnie 15 procent. Po raz pierwszy wybory parlamentarne były jednostopniowe – wybór wszystkich deputowanych miał miejsce w ostatnią niedzielę (z wyjątkiem głosów oddawanych poza granicami kraju). Wstępna analiza potwierdza obawy środowisk opozycyjnych, że nowe prawo będzie sprzyjało najsilniejszym. „Niesprawiedliwy system wyborczy cementuje złowrogi populizm Orbána” mówiła wczoraj niemiecka eurodeputowana Zielonych, Rebecca Harms. Zarzucała, że Fidesz, który uzyskał wynik poniżej wartości bezwzględnej (44,54%), otrzyma ze względu nowy system mieszany 133 miejsca w parlamencie, co daje 68,1% wszystkich mandatów podczas, gdy cztery lata temu był to stosunek 263 mandatów względem 52,73% poparcia, co dawało 66,8% wszystkich miejsc. Dodatkowo w poprzednich wyborach partia rządząca zdobyła 173 miejsca w okręgach jednomandatowych, oddając jedynie dwa Węgierskiej Partii Socjalistycznej. W niedzielnym głosowaniu Fidesz wygrał „tylko” w 96, zaś przegrał w 10 – w tym w 7 obszarach Budapesztu (cztery lata temu jedyną „czerwoną” była pesztańska XIII dzielnica). Poparcie „pomarańczowego” Fideszu nie odbiega zbyt mocno od tego uzyskanego w głosowaniach, po których zasilał również szeregi opozycji – w 2002 roku osiągnął 41,07% a 2006 42,03% głosów. Z drugiej strony nie ma pewności jak przełożyłyby się głosy w przypadku starej ordynacji wyborczej, gdyby zastować jedynie tzw. JOW-y końcowe zwycięstwo Fideszu byłoby wówczas jeszcze okazalsze. Organizacja Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie, która obserowała przebieg niedzielnego starcia, nie stwierdziła zachowań, które mogłyby wpływać na ich przebieg czy ważność głosowania. Stwierdziła natomiast, że część zmian cieszyła się zdecydowanym poparciem obywateli (np. ograniczenie liczby deputowanych z 386 do 199), sposób wyznaczania okręgów wyborczych nie był w pełni przejrzysty, zaś relacjonowanie kampanii sprzyjało partii rządzącej.

W wyborach wzięło udział 61,24% obywateli co jest wynikiem nieznacznie słabszym od tego sprzed czterech lat (mówiąc o I turze głosowania, które zawsze gromadziło większą ilość wyborców). Podczas ostatniej elekcji podczas I tury wyborów udział wzięło 64,36%, a dwa tygodnie później 46,52%. Przeczyło to wcześniejszej, wyrównanej aktywności gdy w 2006 głosowało kolejno 67,83% i 65,39%, czy 2002 roku 70,53% i 73,51%. Największa obywateli w lokalach wyborczych było pomiędzy 9.00 a 11.00 (tabela porównawcza poniżej), chociaż bardzo duża liczba Węgrów chcących zagłosować w budapesztańskiej XIII dzielnicy opóźniła godzinę zamknięcia lokali wyborczych.

Koalicja rządowa kończy rywalizację wyborczą z tak dobrym wynikiem przede wszystkim dzięki spójnej, dobrze zorganizowanej kampanii wyborczej. Umiejętgność neutralizowania zagrożeń, wraz ze sprawnością we wdrażaniu własnych pomysłów ograniczało przez ostatnie pięćdziesiąt dni działania opozycji. Ostatenie tygodnie były festiwalem roboczych podróży premiera po kraju, a także zbiegło się z otwieraniem kolejnych inwestycji. W samym Budapeszcie w ostatnich dniach „przecięto wstęgi” przy czwartej linii metra, odrestaurowanych znanych turystycznie miejscach - m.in. placu Lajosa Kossutha przed parlamentem, najbardziej znanym deptaku przy Váci utca, czy reprezentatywnych placach w centrum miasta przy nowym zielonym metrze. Fidesz postawił przede wszystkim na zwartą kampanię informacyjną (komunikowano m.in. o 20% obniżce opłat komunalnych, czy wzroście gospodarczym) rezygnując z bezpośrednich i indywidualnych starć z opozycją. Pozwoliło to na kontrolowanie działań i realizowanie własnego scenariusza.

Większość analityków wskazuje, że działania trzeciego rządu przyniosą wiekszą konsolidację, wraz z decentralizacją w sprawach polityki gospodarczej. Po czterech latach pragmatycznych działań wobec środowiska biznesu, przewiduje się kontyunuację atrakcyjnej polityki podatkowej z jednoczesną poprawą relacji z dużymi koncernami międzynarodowymi (na Węgrzech obowiązuje podatek liniowy na poziomie 16%). Ważna będzie również kontynuacja zmniejszania realnej luki PKB w porównaniu do państw regionu, w tym Polski. Niedzielny wynik to sygnał, że obywatele legitymizują działania rządu i pomimo działań wzbudzających w Europie zaniepokojenie, chociażby poprzez podpisanie umowy z Rosją na budowę elektrowni atomowej w Paks – obywatele poprzez koherentną argumentację premiera (np. według stanowiska rządu umowa z Rosją ma przynieść dywersyfikację źródeł energii, być otwarciem na surowce z Europy Północnej, jak również stworzyć miejsca pracy i obniżyć rachunki za prąd) zdecydowanie go popierają.

Zwycięsto Fideszu-KDNP pokazuje nie tylko siłę i skuteczną politykę rządu, ale również słabość opozycji. Zmęczenie ośmioletnimi rządami socjalistów, niespełnione obietnice, a także doprowadzenie do największego kryzysu gospodarczego w historii powojennej Węgier odebrało MSZP (a później Blokowi Wspólnota, który promowany był tymi samymi twarzami) możliwość legitymizacji własnej polityki. Strona rządowa skrzętnie to wykorzystywała pokazując liderów Jedności (węg.Összefogás) na tle policyjnej kartoki i przekonując, że „oni nie zasługują już na więcej szans, bo mieli 8 lat by sie wykazać”. Pomimo licznych prób wizerunkowych – wyboru na lidera bloku młodego Attilę Mesterházyego, a wcześniej starań konsolidacji rozbitych środowisk centrolewicowych m.in. przez byłego premiera Gordona Bajnaia – nie udało się przekonać przede wszystkim niezdecydowanych obywateli. Ostatecznie Wspólnota  pokazała swoją ogólną słabość oraz nieumiejętność skutecznego punktowania bardziej kontrowersyjnych działań rządu. Mimo wzrostu poparcia o 6,29 procenta w stosunku do wyniku wyborczego MSZP sprzed czterech lat, próbę sojuszu socjalistów z liberałami należy uznać raczej za porażkę, która nie przyniosła pożądanych i wskazywanych jeszcze na początku roku rezultatów (pierwsze sondaże po połączeniu świadczyły o tendencji wzrostowej). Warto zajuważyć, że w 2010 roku Węgierska Partia Socjalistyczna startowała samodzielnie (uzyskała 19,30%), natomiast tegoroczny blok wyborczy składał się z pięciu partii (MSZP, Razem 2014, Koalicji Demokratycznej, Dialog dla Węgier, Węgierskiej Partii Liberalnej) i należeli do niej główni liderzy centrolewicy: Attila Mesterházy, Ferenc Gyurcsány, Gordon Bajnai i Gábor Fodor. Ostatecznie wydaje się, że największy wpływ na wynik miały tegoroczne skandale w których czołowi politycy byli oskarżeni między innymi o zdeponowanie sumy prawie 770 tysięcy dolarów na austriackim koncie i posiadanie fałszywego paszportu (wiceprzewodniczący MSZP Gábor Simon), czy doniesienia jednego z byłych działaczy partii o otrzymanej łapówce w zamian za nieubieganie się o mandat parlamentarzysty (Janos Zuschlag). W kampanii więc nie mogli skupić się na analizie działań rządu, ale w wywiadach telewizyjnych „spowiadali” się z problemów we własnym obozie. Jedyny jasny punkt kampanii – próba debaty nad porozumieniem węgierskiego rządu z Rosją przy budowie elektrownii atomowej w Paks, dały centrolewicy chwilę oddechu w przeciwieństwie do oczekiwanego odbicia się od trwającej stagnacji. W kampanii billboardowej postawiono, tak samo jak Jobbik, na wspólne hasło dla wszystkich kandydatów. Dodatkowo, podobnie jak narodowcy, plakaty były tworzone na białym tle – a więc pomimo spójności przekazu, nie czyniły ich wybijającymi na tle innych ugrupowań. W tym względzie zdecydowanie wyróżniła się LMP (Polityka Może Być Inna), której hasło Zielona przyszłość z symbolizującym je zielonym jabłkiem zwracało uwagę przechodniów, w przeciwieństwie do bezbarwnych plakatów reszty opozycji.

Wspomniany Jobbik, który skupił się przede wszystkim na bezpośrednim kontakcie z obywatelami w terenie osiągnął największy sukces ze wszystkich partii startujących w tegorocznej elekcji. 20,54 % zdobytego poparcia to o prawie cztery procent więcej niż przed czteroma laty (dokładnie o 3,87% – w 2010 roku Jobbik zdobył 16,67% głosów). Węgierski parlament będzie reprezentowało prawdopodobnie 23 posłów, a wszystkie mandaty przypadły im z listy krajowej (w okręgach jednomandatowych przegrał między innymi lider Gábor Vona z politykiem Fideszu László Horváthem w mieście Gyöngyös stosunkiem 35,80 do 37,23 – dane po przeliczeniu 98,37% oddanych głosów). Wyrazista kampania wyborcza oparta przede wszystkim na negatywnym stanowisku względem Unii Europejskiej, niechęć wobec społeczności romskiej, a także zdecydowanie radykalniejsza postawa, którą powinnien zająć rząd w pomocy dla licznej mniejszości żyjącej poza granicami kraju, pozwoliła zbudować wysokie poparcie, sięgające w niektórych wschodnich rejonach ponad 30%. Jednak jak pokazuje poniższa mapa (przedstawiająca partie polityczne na drugim miejscu w danych okręgach) silna pozycja Jobbiku wystąpiła nie tylko na samym wschodzie, ale również w zachodnich regionach, zaś skrajnie prawicowe ugrupowanie pokonało centrolewicę w większej ilości obszarów. Z wyjątkiem Budapesztu, w którym tradycyjnie zanotowano słabszy wynik, a Wspólnota z powodzeniem rywalizowała z Fideszem.

Działania Jobbiku podczas kampanii wyborczej przyniosły pozytywne efekty, a poparcie w ostatnim czasie zostało odbudowane (patrz ilustracja poniżej, która przedstawia poparcie partii politycznych na przestrzeni ostatnich czterech lat). W pierwszym okresie poprzedniej kadencji ugrupowanie musiało się zmierzyć z oskarżeniami o antysemityzm oraz tłumaczyć z postawy jednego z twórców Ruchu na rzecz lepszych Węgier Csanáda Szegedi, który po ustaleniu swoich korzeni żydowskich (jego babcia była więziona w Auschwtiz-Birkenau) starał się zatuszować sprawę, płacąc jednemu ze znajomych za „milczenie”. W ostatnich dwóch latach Jobbik prezentował spójną wizję państwa, trafiając przede wszystkim do młodych ludzi (rozczarowanych brakiem perspektyw), ludzi biedniejszych (szczególnie we wschodnich rejonach Węgier), oraz do rodaków tęskniących za powrotem do Węgier sprzed granic 1920 roku (Nagy Magyarország). Lider Vona nie ukrywał, że wynik jest dużym sukcesem, również w skali Europy. „Taki rezultat jest dla wielu partii wynikiem marzeń. Nie zdołaliśmy uzyskać przełomu, na jaki liczyliśmy, w ubieganiu się o indywidualne mandaty, ale zdobyliśmy ponad 20 proc. głosów, w co wielu ludzi nie wierzyło. Popularność Jobbiku jest coraz większa” – powiedział w niedzielny wieczór.

Przekroczenie przez zielone ugrupowanie LMP (Polityka Może Byc Inna) progu wyborczego na Węgrzech odbierane jest jako sukces. Badania opinii publicznej wskazywały przez bardzo długi okres na niemozliwość powtórzenia wyniku z 2010 roku (7,47%) i plasowały partię pod wymaganym 5% progiem wyborczym. LMP uzyska ponownie 5 mandatów, a jej poparcie szacowane jest na 5,26%.

 

Podsumowanie

Kwietniowa elekcja nie przyniosła większego zaskoczenia – od początku kampanii analitycy nad Dunajem zastanawiali się jedynie nad skalą zwycięstwa „pomarańczowej” koalicji. Sposób prowadzenia kampanii przez Fidesz okazał sie skuteczny: Viktor Orbán przebywał wśród ludzi, nie bacząc na bezpieczeństwo, przemawiał otoczony wyborcami, prowadził skuteczną politykę w mediach społecznościowych. Styl bycia – z jednej strony twardego dowódcy, z drugiej zaś zwykłego obywatela - wzbudzał powszechną sympatię Węgrów. Strategia lewicy najwyraźniej nie sprawdziła się nie tylko ze wzgledu na próbę włączenia do koalicji wyborczej skompromitowanego Ferenca Gyurcsányego czy Gábora Fodora, ale również przez zbyt małą aktywność, czasami wręcz bezbarwność, prowadzonych działań. Dużym problemem była wiarygodność lewicowej opozycji, która wzywając do zmian na płaszczyźnie ekonomicznej, czy społecznej sama „wystawiała się” na kontrataki Fideszu oraz niezdecydowanych obywateli, pamiętających skutki wprowadzanych przed kilkoma laty reform.

Dzięki niedzielnemu wynikowi, projekty wymagające większości dwóch trzecich głosów (ze względu na graniczną liczbę 133 deputowanych dającą większość konstytucyjną) będą prowadzić do mobilizacji wszystkich obozów przed głosowaniami o szczególnej randze. To także wyzwanie przed samym Viktorem Orbánem, dążacym do konsolidacji wewnętrznej partii, króra nie powinna pozwolić sobie na stratę, choćby jednego parlamentarzysty.

Wydaje się , że jest jeszcze za wcześnie na dokonywanie szczegółowej analizy funkcjonowania nowego prawa wyborczego – wpływu chociażby ograniczenia reklam w mediach, oddania specjalnych przestrzeni, na których reklamowały się solidarnie wszystkie partie, czy wreszcie zniesienia ciszy wyborczej i zakazu agitacji jedynie do miejsc, w których odbywało sie głosowanie. Na to przyjedzie czas wkrótce, wraz z ostatecznymi wynikami kwietniowej elekcji.

 

Sebastian Kęciek (Budapeszt)

Podkategorie

Wszelkie prawa zastrzeżone © Polityka i Dypolomacja 2013 | Projekt i wykonianie Jerzy Waśko Studio graficzne Kraków
Menu